Nagle huk przebił ciszę - błyskawica uderzyła w dach, a drewniane belki trzasnęły, rzucając kurz w powietrze. Światło rozdarło mrok, a czas zdawał się zatrzymać.
Dach rozwarł się na moment, a Jagna poczuła, jak powietrze wlewa się do środka, jakby zapraszając ją do ucieczki.
Nie czekając, wstała i wybiegła w nieznane, przed siebie, byle dalej, byle z dala od ciemności.
Wbiegła między drzewa, nie patrząc za siebie, tylko przed siebie - każdy krok był ucieczką od cienia, od ciszy, od tego, co ją więziło.
Po drugiej stronie wszystko było inne. Cisza miała ciężar, a powietrze pachniało wilgocią i ziemią rozkładu. Liście pod jej stopami szeleściły zbyt głośno, jakby ktoś słuchał.
Nagle na ścieżce przed nią pojawiła się postać. Spaleniec. Jego ciało skwierczało iskrami, jakby ogniem karmiła się sama skóra. Oczy płonęły czerwonym żarem, pełne bólu i pragnienia.
Nie mówił, ale jego obecność była ostrzeżeniem. Jagna poczuła, że życie, które znała, jest kruche - ulotne jak płomień, który może zgasnąć w każdej chwili. Spaleniec zbliżał się powoli, krok po kroku, z ogniem w oczach, który zdawał się pragnąć pochłonąć wszystko, co żywe.
Serce Jagi zabiło szybciej - czuła, jak zimny strach ściska jej gardło. Kiedy Spaleniec miał ją już pochwycić, wśród drzew rozległo się szczekanie.
Z ciemności wybiegł pies, silny, zdrowy, szczerzący kły. Zbliżył się bez lęku, a Spaleniec ustąpił, zatrzymując się w bezruchu. Wyciągnął tylko rękę, pokazując palcem drogę, która prowadziła dalej - przez mrok, przez nieznane.
Jagna skinęła głową. Zrozumiała, że musi podążać, choć nie wiedziała dokąd.
Biegła dalej, z każdym krokiem czując ciężar decyzji i pragnienie przetrwania.
W końcu dotarła do Zagajnika. Upadła pod powalonym drzewem, a jej oddech mieszał się z szeptem liści.




