poniedziałek, 14 września 2026

Drugie życie pokrzywy

Wygląda na to, że po letnim koszeniu pokrzywa dostała drugie życie i wrzesień przywitał nas pięknym, soczystym odrostem. Choć przyjęło się uważać majowy zbiór za bezkonkurencyjny, to świeże, młode pędy pojawiające się późnym latem i na początku jesieni są niemal równie wartościowe. Są pozbawione zdrewniałych łodyg oraz twardych kwiatostanów, dzięki czemu idealnie nadają się do bieżącego wykorzystania w kuchni, na przykład jako dodatek do jesiennych zup, omletów czy domowego pesto.

Wrześniowy odrost, to także doskonały surowiec na świeże napary, susz na zimę oraz bazy do wzmacniających soków i nalewek, które świetnie sprawdzą się w chłodniejsze dni. Sucha, czysta zieloność tych wierzchołków aż się prosi, by zebrać je do koszyka podczas spaceru.


sobota, 12 września 2026

Raport grzybowy - Góry Krucze

Minął zaledwie tydzień od ostatniego wypadku, a my znów wracamy z leśnym raportem z tras. Tym razem wybór padł na Góry Krucze, by sprawdzić, jak miewa się wysyp w trochę wyższych partiach. Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania - przebiliśmy zeszłotygodniowy wynik dwukrotnie, spędzając na szlaku dokładnie trzy i pół godziny.

​Nasza trasa wiodła z Lubawki w stronę Krzyżówki BHP. Dokładne namiary zamieszczamy na mapce poniżej. Najciekawsze w tej wyprawie było to, że wszystkie grzyby zebraliśmy praktycznie z samej drogi, niemal bez wchodzenia głębiej w las. Okazuje się, że gdy w górach ruszy prawdziwy wysyp, wystarczy po prostu uważnie patrzeć pod nogi podczas zwykłego marszu szlakiem.


​Równe dziesięć kilogramów zdrowiutkich grzybów sprawiło, że wiklinowy kosz był wypełniony po sam brzeg, a jego ciężar przyjemnie ciągnął w dół w drodze powrotnej. Zbiór okazał się wyjątkowo urozmaicony i bogaty. Absolutnymi gwiazdami wyprawy były przepiękne prawdziwki o twardych kapeluszach i grubych trzonach, z których jeden dorodny okaz pozował nam do zdjęcia wprost w leśnym igliwiu. Obok nich obficie dopisały maślaki oraz klasyczne podgrzybki, a dopełnieniem całości były borowiki ceglastopore - jak zawsze twarde, konkretne i czyste.


​Góry Krucze po raz kolejny udowodniły, że mają w sobie niezwykły klimat i potrafią hojnie obdarować bez konieczności przedzierania się przez gęstwiny. Grzybnie prócz dojrzałych okazów, wypuszczają jeszcze młode osobniki, które zostawialiśmy w lesie, więc warto się tam wybrać w najbliższych dniach.

wtorek, 8 września 2026

Zaćmienia

Dla dawnych społeczności słowiańskich światło miało wymiar absolutnie fundamentalny. Słońce nie było po prostu tarczą na niebie, lecz żywym dawcą życia, ciepła i urodzaju, którego potęgę ucieleśniały bóstwa takie jak Swarożyc. Tym większego strachu musiał narobić moment, w którym ten porządek nagle pękał, a w środku jasnego dnia tarcza słoneczna zaczynała znikać, pogrążając świat w nienaturalnym, ołowianym półmroku. Mieszkańcy dawnych osad i puszcz nie szukali wówczas wyjaśnień w podręcznikach astronomii, lecz wierzyli, że gwałtowny zanik światła oznacza naruszenie kosmicznej równowagi i gniew potężnych sił.


​W słowiańskim folklorze zjawiska nadzwyczajne rzadko były dziełem przypadku, a zaćmienia wiązano z obecnością demonów oraz istot z innego świata próbujących zagrabić to, co należało do ludzi. Wyobraźnia ludowa przypisywała potężnym, mitycznym gadom, takim jak żmije chmurne, zdolność zasłaniania lub wręcz pożerania ciał niebieskich. Wierzono również, że za nagłym zniknięciem słońca stoją mroczne siły dążące do zniszczenia ziemskiego ładu, co czyniło z nadciągającej ciemności bezpośredni zwiastun głodu, chorób oraz wielkich nieszczęść.

​W obliczu tak potężnego zagrożenia społeczności nie pozostawały bierne, ponieważ zgodnie z dawnym myśleniem magicznym hałas i gwałtowny ruch miały moc odstraszania złych mocy. Gdy niebo szarzało, wokół chat zaczynał się ruch, a ludzie uderzali w miedziane garnki, dzwonili narzędziami rolniczymi, krzyczeli i strzelali z łuków w kierunku nieba. Działania te miały na celu przepędzenie niewidzialnego napastnika i zmuszenie go do oddania słońca, gdyż wierzono, że bierność oznacza zgodę na wieczną noc.

​Dzisiaj, patrząc na zaćmienia z perspektywy wiedzy naukowej, dostrzegamy w nich jedynie precyzyjny układ ciał niebieskich. Jednak kiedy stajemy na skraju lasu i obserwujemy, jak cichną ptaki oraz gwałtownie spada temperatura, nietrudno poczuć ten sam pierwotny dreszcz, który dowodzi, że wobec potęgi kosmosu wszyscy pozostajemy tak samo mali.

sobota, 5 września 2026

Raport grzybowy - z Krainy Wygasłych Wulkanów

Witajcie, miłośnicy leśnych skarbów!

​Dzisiejszy wpis dedykujemy wszystkim tym, którzy kochają zapach ściółki, szum sosen i tę nieopisaną radość, gdy spod mchu wyłania się brązowy kapelusz. Za nami niesamowicie owocny, choć krótki wypad do lasu. Musimy się Wam pochwalić - to był absolutny rekord wydajności!

Wyruszyliśmy rano, pełni nadziei, ale nie spodziewaliśmy się tak spektakularnych efektów, w tak krótkim czasie. Spędziliśmy w lesie zaledwie dwie godziny, a nasze koszyki błyskawicznie się zapełniły.

​Wynik? Równe 5 kilogramów zdrowych grzybów.

​To dowód na to, że natura potrafi być niezwykle hojna, jeśli trafi się w odpowiednie miejsce i czas.

Nasza trasa wiodła przez urokliwy, mieszany las. Dominowały wysokie sosny i świerki, ale nie brakowało też drzew liściastych. Teren był miejscami omszały, z dużą ilością paproci i jagodzisk. Przeplataliśmy gęste zarośla z bardziej otwartymi, słonecznymi polanami.

​Poniżej możecie zobaczyć fragment lasu, który przemierzaliśmy, oraz zapis naszej trasy. Jak widzicie, nie musieliśmy pokonywać gigantycznych dystansów - grzyby czekały na nas niemal na każdym kroku!


Nasze zbiory to prawdziwa klasyka polskiego grzybobrania, w której dominowały trzy główne gatunki. Królami ilości okazały się maślaki - to one w głównej mierze zbudowały naszą pięciokilogramową masę, rosnąc całymi rodzinami w mchu oraz trawie i błyszcząc w słońcu charakterystycznymi, śliskimi kapeluszami. Tuż obok nich meldowały się szlachetne prawdziwki, które choć mniej liczne, zachwycały grubymi trzonami, zdrowym miąższem i zapachem nie do podrobienia. Dopełnieniem całości i miłym zwieńczeniem dwugodzinnego spaceru były dwa borowiki ceglastopore - twarde, konkretne sztuki o ciemnych kapeluszach i czerwonawych trzonach, które zawsze wyjątkowo cieszą oko w lesie.





Jak widzicie, na zdjęciach są młode owocniki.  Dlatego jeśli zastanawiacie się, gdzie pojechać na grzyby, to na tym terenie, w najbliższych dniach, będzie ich jeszcze całkiem sporo - zwłaszcza, że część mikroskopijnych osobników dopiero zaczyna wychodzić z ziemi.

​Do zobaczenia na leśnych ścieżkach!

wtorek, 1 września 2026

Miasto 'widmo' nad Odrą

Jest takie miejsce, dla którego czas się skończył. Pozostało ono w przeszłości... Stary Kostrzyń nad Odrą, dawniej potężna twierdza i miasto graniczne, po ciężkich walkach na przełomie lutego i marca 1945 roku uległ niemal całkowitemu zniszczeniu, obracając się w gruzy w 95-ciu procentach. W przeciwieństwie do nowszej części położonej po wschodniej stronie, historyczne Stare Miasto w obrębie fortyfikacji po zakończeniu wojny nie zostało odbudowane, co sprawiło, że obszar ten przekształcił się w unikalne miasto widmo, nazywane czasem europejskimi Pompejami. Zajmujący powierzchnię kilkudziesięciu hektarów teren dawnej starówki, odpowiada wielkością około pięćdziesięciu boiskom piłkarskim, co pozwala w pełni objąć wyobraźnią skalę tej zniszczonej przestrzeni. Obecnie dawne trakty i ulice, takie jak ulica Kominiarska, przebiegają przez zarośnięte dziką roślinnością ruiny, fundamenty dawnych budynków oraz zasypane piwnice, tworząc niezwykły, melancholijny krajobraz, w którym czas zatrzymał się w momencie powojennej zagłady. 








Dla fanów historii tej nieodległej to "must have". Stare Miasto w Kostrzynie nad Odrą to nie tylko zgliszcza i dzika przyroda porastająca dawne ulice.

​Pod powierzchnią ziemi rozciąga się skomplikowana sieć podziemnych korytarzy, kazamat, nienaruszonych piwnic i schronów dawnej pruskiej twierdzy, które przez dekady były odcięte od świata. Wiele z tych zakamarków wciąż nie została do końca zbadana, a nieodkryte do końca fragmenty fortyfikacji, ukryte pod zwałami gruzu i ziemi artefakty czy relikty dawnej tkanki miejskiej pobudzają wyobraźnię poszukiwaczy przygód. To teren, gdzie historia dosłownie leży pod stopami, a każdy krok po dawnych traktach może odsłonić coś, co przetrwało pożogę 1945 roku.

piątek, 28 sierpnia 2026

W ogrodzie 13 - Glicynia

Glicynia, czyli wisteria, to potężne pnącze o niezwykle silnym wzroście, które potrafi doskonale zarządzać przestrzenią na ścianie budynku. Sezon na tę roślinę zaczyna się w maju, kiedy to jej pędy pokrywają się gęstymi, fioletowymi kwiatostanami przypominającymi wiszące kaskady. W tym okresie roślina prezentuje się najbardziej widowiskowo i przyciąga wzrok intensywną barwą oraz zapachem.


​Gdy majowy okres kwitnienia mija, oblicze rośliny zmienia się wraz z nadejściem lata. Zamiast kwiatów na pędach pojawiają się duże, zamszowe i podłużne strąki nasienne, które zwisają spomiędzy liści. Strąki te stanowią naturalny element cyklu rozwojowego rośliny i skrywają w sobie nasiona. Warto pamiętać, że nasiona oraz inne części glicynii są trujące, dlatego pełnią one wyłącznie funkcję ozdobną.



​Koniec sierpnia to idealny moment na przeprowadzenie letniego cięcia, które jest kluczowe dla dobrej kondycji rośliny. W tym okresie skraca się tegoroczne, długie przyrosty boczne, pozostawiając na nich około 4-6 oczek. Ten zabieg hamuje nadmierny wzrost zielonej masy i pomaga roślinie zawiązać pąki kwiatowe na kolejny sezon.

​Utrzymanie glicynii w ryzach na elewacji wymaga zresztą regularnego i zdecydowanego cięcia przez cały rok. Bez systematycznej konturacji pędy rośliny potrafią przerosnąć konstrukcje i zdominować fasadę. Pnącze to wymaga uwagi i cierpliwości w pielęgnacji, jednak majowy efekt kwitnienia w pełni rekompensuje włożony w jej prowadzenie wysiłek.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Obra packraft'em

Obra to nie rzeka dla rodzin z dziećmi. To nie rzeka dla niedzielnych turystów i miłośników lansowania się w social mediach z czystym wiosłem. Ta woda płynie leniwym korytem, ale meandruje tak gęsto, że zanim zdąży się wyprostować dziób, znowu trzeba składać się do zakrętu. Do tego dochodzą setki powalonych drzew - potężne zwałki, które sprawiają, że odcinek od Międzyrzecza do "mostu Bieruta" przed Zalewem Bledzewskim staje się poligonem, a nie sielankowym spływem.




​Wybraliśmy packrafty nie bez powodu. Są krótkie, bezwzględnie manewrowe, mają minimalne zanurzenie i pozwalają bez problemu wrzucić na pokład cały szpej z dwuosobowym namiotem i zapasami na kilka dni samowystarczalności.



​Większość organizowanych tu komercyjnych spływów opiera się na ciężkich, plastikowych dwójkach. Fajne na szerokie jezioro, ale tutaj? Długi kajak na Obrze to gwarancja walki z materią, obijania burt i wysiadania do wody w najmniej dogodnych momentach. Brak manewrowności w zwałkowym labiryncie szybko weryfikuje turystyczne zapędy.

​Wystartowaliśmy przy kładce obok miejskiego stadionu w Międzyrzeczu. Rzeka początkowo prowadzi leniwie przez miasto, dając złudne poczucie bezpieczeństwa w towarzystwie dzikich kaczek i zadrzewionych skwerów. Miasto jednak szybko zostaje w tyle. Kiedy cywilizacja milknie, zaczyna się prawdziwa gra z nurtem, w której packraft udowadnia swoją wyższość nad każdym innym pływadełkiem.

​Obra to rzeka kameleon. Czasem koryto zwęża się do gardła, zmuszając do przeciskania się między zwalonymi pniami, by za chwilę rozlać się w szeroką, senną toń. Woda potrafi być krystalicznie czysta, odsłaniając dno, ale równie szybko zmienia się w zamuloną, ciemną masę, która niesie ze sobą charakterystyczny zapach rozkładających się roślin. Tę zmienność czuje się również w nurcie - od leniwych, niemal stojących odcinków, gdzie każdy metr trzeba wypracować wiosłem, po nagłe, żywsze fragmenty, które wymagają pełnego skupienia.



​Najbardziej jednak uderza dzikość tej trasy. Całymi kilometrami brzegi są porośnięte tak gęstą, nieprzebytą ścianą roślinności, że wyjście z rzeki na brzeg staje się fizyczną niemożliwością. Dodajmy do tego fakt, że na większości tego szlaku nie ma żadnego zasięgu - ani telefonii, ani internetu. Zostaje się sam na sam z rzeką, dlatego poleganie na online'owych mapach w telefonie to bilet w jedną stronę do kłopotów. Dobra mapa offline w urządzeniu albo sprawdzony, papierowy klasyk to tutaj absolutny ekwipunek obowiązkowy, a nie zbędny balast.




​To nie jest łatwa trasa. Ale dla packraftera szukającego wyzwań, surowego piękna i prawdziwego kontaktu z naturą, odcinek Obry od Międzyrzecza to absolutny klasyk. Wymagający, nieprzewidywalny, a przez to niesamowicie satysfakcjonujący.

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Radkowski trawers Szczelińca

 

Szczeliniec Wielki kojarzy się dziś głównie z asfaltowym parkingiem w Karłowie, ciągiem kramów z dyktą i głośnym peletonem wlewającym się na schody po kolejny punkt na mapie. Alternatywą bywa Pasterka - cichsza, ale również powoli tracąca swój dawny, odosobniony ciężar.

​Wystarczy jednak cofnąć się na dół, do Radkowa, i podejść do sprawy od samej podstawy.

​Wybór szlaku ze stóp progu płytowego od strony Radkowa to najdłuższy, najbardziej mozolny, ale też najbardziej uczciwy wariant wejścia. Nie ma tu drogi na skróty. Żeby dotrzeć do cielska piaskowca, trzeba najpierw wydeptać swoje w głębokim cieniu dławiącego świerka i buka, poczuć w łydkach kamieniste podejścia i oddechy mrocznego lasu, gdzie mikroklimat drastycznie zmienia się z każdym krokiem w górę.

​Gdzieś po drodze wyrastają z ziemi potężne, ciosane z piaskowca filary. To pozostałości po dawnej leśniczówce w Radkowskim Dole. Brak dachu i ścian sprawia, że las powoli i konsekwentnie przetrawia ten cmentarz z kamienia, zostawiając jedynie szkielet. Tego typu miejsca przypominają, że szlak ten miał kiedyś swój zupełnie inny, wiejski rytm.



​Skały nie wyrastają tu nagle jako komercyjna atrakcja - narastają stopniowo z poziomu runa. Najpierw mija się pojedyncze, obrosłe grubym kożuchem mchu głazy, porzucone w wilgotnym poszyciu jak usypisko dawnych wieków. Potem pnie zaczynają ustępować miejsca potężnym, szarym monolitom, które osaczają ścieżkę i wymuszają zmianę rytmu marszu. Wrzosy na progach, chłód ciągnący ze szczelin i wąskie deskowane kładki rzucone nad wilgotnym podłożem tworzą przestrzeń, w której da się poczuć prawdziwą fakturę Gór Stołowych.




​Samo podejście wymaga oddechu i cierpliwości, ale daje coś nieuchwytnego: samotność na szlaku przez pierwsze dwie godziny marszu i świadomość, że na końcowy widok naprawdę się zapracowało.

​Powrót najlepiej domknąć przez Wodospady Pośny. Zamiast spiesznego zejścia tą samą drogą, schodzi się wzdłuż chłodnego koryta potoku, gdzie woda rzeźbi piaskowiec po swojemu. 




Szlak sprowadza wprost nad Zalew Radkowski. Po kilku godzinach czystego, górskiego podejścia i zbiegania po korzeniach, najlepszym finałem okazuje się zrzucenie butów i moczenie nóg w chłodnej wodzie z widokiem na próg, który przed chwilą znajdował się pod stopami.




środa, 12 sierpnia 2026

Bez koralowy - zwiastun pełni lata

Bez koralowy (Sambucus racemosa) to jeden z najbardziej charakterystycznych krzewów leśnych. Już w środku lata jego gałęzie zdobią gęste grona intensywnie czerwonych owoców, które przyciągają wzrok z daleka. Rośnie najczęściej na skrajach lasów, w zaroślach i wilgotniejszych miejscach.

Choć owoce wyglądają apetycznie, nie powinno się ich jeść na surowo. Zawierają związki, które mogą wywołać dolegliwości żołądkowo-jelitowe. Po odpowiedniej obróbce termicznej były jednak dawniej wykorzystywane do wyrobu soków, galaretek, dżemów czy nalewek.

W medycynie ludowej stosowano przede wszystkim kwiaty i korę. Napary z kwiatów wykorzystywano jako środek napotny przy przeziębieniach, a korze przypisywano działanie przeczyszczające i moczopędne. Dziś bez koralowy ma niewielkie znaczenie zielarskie i znacznie częściej wykorzystuje się bez czarny (Sambucus nigra), którego właściwości są lepiej poznane i potwierdzone.



Bez koralowy już obwiesił się czerwonymi owocami. Dla człowieka surowe są niewskazane, ale dla wielu ptaków stanowią cenne źródło pokarmu, gdy nadejdzie czas ich pełnej dojrzałości.

piątek, 7 sierpnia 2026

NoS Spin-off - Mokradła przed Zagajnikiem

🌿 Nocne opowieści Szeptuchy - Spin-off 🌿
Epizod 2: Mokradła przed Zagajnikiem



Nikt nie przechodził tędy chętnie. Mokradła wyglądały zwyczajnie - trawy, kępy sitowia, woda płytka, choć mętna. Ale każdy wiedział, że to miejsce nie ma dna.

Mówiono, że kiedyś próbował tu przejść wędrowiec z miasta. Chciał skrócić sobie drogę, ominąć obwód doliny. Zrobiono potem tylko jeden krok w poszukiwaniach - znaleziono jego laskę wbitą w ziemię tuż przy krawędzi. Dalej już nic. Ani ciała, ani śladu. Jakby mokradła połknęły go w całości i nie oddały nawet buta.

Starsi powtarzali, że woda tu nie odbija nieba. Możesz patrzeć w taflę godzinami, a zobaczysz tylko zniekształcone zarysy drzew, nigdy chmur ani księżyca. Jakby mokradła były osobnym światem, pamiętającym tylko to, co w Dolinie wydarzyło się kiedyś.

Były noce, gdy znad wody unosiła się mgła, gęsta, ciężka, nie dająca się rozgonić. Wtedy nikt nie podchodził bliżej. Bo kto raz we mgle usłyszał kroki, ten wiedział, że nie idzie sam. A kiedy odwracał się - widział tylko własne ślady, prowadzące w stronę, z której przyszedł.

Niektórzy twierdzili, że w mokradłach widywali istoty. Spaleńców, których ciała parowały jeszcze od wewnętrznego ognia. Topielców, z oczyma pustymi jak woda w kałuży. I Wodnice - mroczne zjawy, które wychodziły na brzeg i wciągały chłopów do wody, by zakończyć ich żywot. Nikt, kto próbował przejść przez mokradła, nie wrócił. Mokradła trwały w tym samym miejscu, odkąd pamiętano. A jednak każdy miał wrażenie, że ścieżki się zmieniają, że zarośla rosną inaczej, że drzewo, które wczoraj było proste, dziś ma wygięty pień. Nie było to złudzenie - po prostu czas w mokradłach płynął własnym rytmem.

środa, 5 sierpnia 2026

Betonowa patelnia

Miasto rozgrzane do białości przypomina rozżarzoną patelnię. Asfalt mięknie pod podeszwami, powietrze stoi w miejscu, a każdy oddech smakuje jak zupa z kurzu i spalin. W takim momencie człowiek oddałby wiele za podmuch chłodnego wiatru.

​Zamiast jednak szukać ratunku w klimatyzowanych klatkach, wystarczy odbić w bok, zostawiając za sobą miejski zgiełk, i wejść pod gęste sklepienie lasu, w którym czeka prawdziwe wybawienie - leśna rzeka.


​Wystarczy samo zbliżenie się do jej nurtu, by poczuć, jak temperatura drastycznie spada. Nawet nie trzeba zdejmować butów i wchodzić do wody. Wystarczy usiąść na brzegu. Wilgoć unosząca się z prądu, chłód ciągnący od wilgotnej ziemi i cień rzucany przez drzewa natychmiast robią swoje. Las i rzeka tworzą naturalny układ klimatyzacyjny, który w kilka minut resetuje przegrzany organizm.

Jeśli wobec tego, macie taką możliwość, to zamiast miejskiego skwaru, wybierzcie leśny mikroklimat. Czas wrzucić na luz i pozwolić, by dzika woda zrobiła swoje.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Pierwsze wodowanie

Kajaki na wodzie są z nami od kilku lat. Były spływy organizowane na rzekach. Były pierwsze dmuchane kajaki do wiosłowania po otwartych akwenach (jeziorach, zalewach). Ale cały czas czegoś brakowało.

Niezależności - logistycznej i czasowej.

Wreszcie dojrzeliśmy do decyzji, by zakupić packrafty i ruszyć samodzielnie na wyprawy rzeczne. Ale zanim to nastąpi, postanowiliśmy zwodować je w pierwszej kolejności na jeziorze, by pomanewrować i oswoić się ze sprzętem.


BUSHraft - Trekker Pro 2.0, brzmi poważnie ale i sprzęt jest poważny. Z wypornością do 150kg potrafi zabrać na pokład namiot ze śpiworem i cały szpej na kilkudniowy spływ rzeką. A materiał jest na tyle solidny, że od kilku już lat miłośnicy packraftingu testują i chwalą jego jakość.

Radzi sobie ze zwałkami, kamieniami i na mieliźnie. W sam raz na polskie rzeki, choć nie tylko. Świetnie się nim manewruje, bo szybko reaguje na wiosło, a szerokie bandy powodują, że jest stabilnie.

Dzisiejsze manewry to zaledwie początek nowej przygody i wyzwań na polskich wodach. A blog jest tym miejscem, gdzie będziemy Wam na bieżąco relacjonować o ciekawych bystrzach, przełomach i siedliskach dzikich rzek.