czwartek, 16 kwietnia 2026

NoS2 - Odcinek 7

🌿 Nocne opowieści Szeptuchy 🌿
Odcinek 7: Za pierwszym światłem

Dziadyga wiedział, że musi działać. Bezczynne czekanie, nie pomoże mu odnaleźć bliskich.
Drzwi skrzypnęły, gdy je otwierał. Wewnątrz zostawili tylko szarą ciszę i zapach mokrego drewna. Jagna obejrzała się jeszcze raz - pustka w młynie była cięższa niż jego mury.
Na zewnątrz powietrze miało smak rzeki. Po lewej rozlewały się mokradła, na których dzień odbijał się w tysiącach drobnych luster. Po prawej - droga prowadząca w stronę doliny i cmentarnej bramy.

Dziadyga wziął starą latarnię, wiszącą przy drzwiach. Była zimna i pusta, ale zabrał ją jak zwykle, jak narzędzie, którego może jeszcze potrzebować.

Szli wolno, bez słów. Wilgoć z mokradeł wgryzała się w ubranie, a powietrze było gęste, jakby niosło w sobie resztki mgły.
Jagna miała wrażenie, że coś się nie zgadza: płot w jednej zagrodzie był inny niż zapamiętała, a stara topola przy zakręcie miała prostszy pień, jakby ktoś wyciął jej skręcone konary.

Pod palcami w kieszeni czuła znajomy kształt - kawałek metalu, który znalazła na strychu. Zimny, szorstki, o nieregularnych krawędziach. Nie wiedziała, po co go wzięła.

Dziadyga szedł pewnym krokiem, jakby znał drogę na pamięć. Czasem tylko rzucał spojrzenia w stronę mokradeł, jakby nasłuchiwał czegoś, co się tam kryło.

Minęli rozdroże z odejsciem do stawu, i dalej za zakrętem, zobaczyli stare drzewo wyrastające tuż przy cmentarnej bramie. Na jego grubej, spękanej gałęzi wisiała lampa naftowa. Płomień w środku tlił się spokojnie, choć dzień był jasny.
Szkło od środka było zaparowane, a na zewnątrz osiadła cienka warstwa sadzy. Wokół panowała cisza tak gęsta, że słychać było tylko ich kroki na drodze.

Dziadyga zatrzymał się. Patrzył na lampę długo, jakby porównywał ją z obrazem w pamięci. W latarni, którą trzymał, coś cicho stuknęło - drobny, metaliczny dźwięk w pustym wnętrzu. Nie skomentował.

Jagna poczuła niejasny ucisk w żołądku. Widok lampy wydawał jej się dziwnie znajomy, choć nie potrafiła przypomnieć sobie skąd. Płomień był inny niż wszystkie, jakie widziała - nie migotał, tylko trwał, jakby nie potrzebował powietrza.
W tej samej chwili kawałek metalu w jej kieszeni się rozgrzał - nie parzył, ale pulsował ciepłem, jakby chciał zwrócić na siebie uwagę.

- Kto ją tu powiesił? - zapytała, nie odrywając wzroku od lampy.
- Ktoś najpierw powiesił, a potem miał zabrać - odpowiedział krótko. - Ale może się spóźnia.
- A jeśli już zabrał… w innym czasie? - rzuciła cicho.

Spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, ale nie odpowiedział. Jakby pytanie zawisło w powietrzu, a on nie zamierzał go dotykać.

Od strony cmentarza powiało chłodem. Jagna odruchowo objęła się ramionami. Czuła, że za tą bramą coś czeka, ale nie wiedziała, czy to powinno ją pociągać, czy odstraszać.

Dziadyga stanął tuż przy bramie, ale nie zrobił kroku dalej.
- Idź, jeśli musisz - powiedział cicho. - To już twoja droga.

Jagna przez moment patrzyła w płomień lampy, jakby w nim chciała znaleźć odpowiedź. Potem przestąpiła próg.

Gdy stopy dotknęły ziemi po drugiej stronie, poczuła lekki powiew chłodu. Obróciła głowę przez ramię - brama i stojący w jej cieniu Dziadyga były wyraźne, lecz za jego plecami coś migotało: krótkie, niemal senne miejsca, które znała, lecz nie mogła sobie przypomnieć, skąd.

Obraz powoli się rozmywał, jakby coś zabierało go z jej pola widzenia. Lampa na gałęzi przy wejściu świeciła nieruchomo. Twarz Dziadygi rozpływała się w drżeniu powietrza.

Z daleka, od strony stawu, dobiegły kroki - spokojne, równe. Jakby ktoś trzeci nadchodził.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz