środa, 13 maja 2026

W upalnym uścisku

Alert RCB o zagrożeniu pożarowym to nie są teoretyczne rozważania. Wystarczy wejść między drzewa, by poczuć, że to nie jest zwykła letnia spiekota. To walka o przetrwanie, której na pierwszy rzut oka nie widać, bo sosny wciąż stoją niewzruszone, jakby nic się nie działo.

​Ale wystarczy spojrzeć niżej. To tam las dostaje najmocniej. Mchy, jagodziska i wrzosy kruszą się pod stopami. Kałuże na duktach i okoliczne rowy to już tylko wspomnienie, spękane zagłębienia w ziemi. „Mała retencja” w takich dniach nabiera zupełnie innego, brutalnego formatu - staje się pustym hasłem, bo aktualnie nie ma czego zatrzymywać.

​W tym wszystkim ona. Czapla. Spotkana w samym środku tego wysuszonego królestwa, dobre dwa lub trzy kilometry od najbliższej wody. Stała nieruchomo między pniami, jakby szukała ratunku w cieniu, którego na jej wyschniętych bagnach już nie ma. To tylko przypuszczenia, ale widok ptaka wodnego szukającego schronienia w głębi lasu mówi o skali suszy więcej niż jakikolwiek wykres.


​Las stoi. Ale pod jego koroną życie kurczy się i pęka w ciszy. Miejcie z tyłu głowy te alerty. Wystarczy chwila nieuwagi, porzucone szkło czy niedopałek, by ten kruchy spokój zamienił się w piekło. W obliczu takiej suszy każda iskra to potencjalna tragedia. Naprawdę niewiele trzeba, by stracić to, co jeszcze próbuje przetrwać.

piątek, 8 maja 2026

Polska "Amazonia"?

Obiecywali nam polską Amazonię. Kiedy w 2001 roku wydzielano ten obszar, idea była jasna: stworzyć nietykalny azyl dla ptaków, miejsce, gdzie woda dyktuje warunki, a człowiek jest tylko pokornym obserwatorem. Z tą właśnie myślą ruszyliśmy w stronę Kostrzyna nad Odrą. Chcieliśmy na własne oczy zobaczyć to osobliwe dorzecze i przy okazji zrozumieć, dlaczego turyści omijają ten park tak szerokim łukiem. Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewaliśmy, i była wyjątkowo gorzka.

​Dziś po polskiej Amazonii zostało głównie wspomnienie w starych folderach. Mamy początek maja - czas, w którym o tej porze roku woda powinna być tu dosłownie wszędzie, zalewając łąki i dając życie tysiącom lęgowych ptaków. Zamiast tego zastaliśmy popękaną ziemię, a zamiast ptasiego gwaru - głuchą, suchą ciszę. Sam Park Narodowy Ujście Warty już w kwietniu alarmował, o krytycznie niskich stanach wód i ogromnym deficycie, ale dopóki nie stanie się na środku Polderu Północnego, trudno pojąć skalę tego dramatu. Przejście przez te tereny miało być wyprawą w głąb dzikiej natury, a okazało się marszem przez dno wyschniętego świata. Zamiast brodzenia w wodzie, zaliczyliśmy tylko wszechobecny, gryzący pył. Ten kurz był wszędzie: w butach, w nosie i w każdej szczelinie ubrania. Stał się namacalnym dowodem na to, że serce tego parku przestało bić.

​Trzeba jednak oddać prawdę, że natura nie poddała się całkowicie. Ptasia „betonka” nad Postomią jeszcze żyje. Tam, w jej rozlewisku, wciąż można znaleźć stada ptaków, które kłębią się przy tym niewielkim skrawku wody. To niesamowity, ale i smutny widok - wygląda na to, że to jedna z niewielu ostatnich ostoi dzikiego życia w całej okolicy. Cały ekosystem zdaje się być teraz stłoczony w takich punktowych rezerwatach, walcząc o przetrwanie.







Już nie dziwi nas brak turystów. Trudno oczekiwać zachwytu tam, gdzie zamiast życia ogląda się powolną agonię krajobrazu. Wróciliśmy z tej podróży z ciężkim bagażem - nie sprzętu, a emocji. Dominuje smutek i ten specyficzny, chłodny lęk o przyszłość. Skoro w maju, w momencie szczytu wegetacji i lęgów, jest tak fatalnie, to strach pomyśleć, co wydarzy się w lipcu czy sierpniu. To, co nas czeka w nadchodzących miesiącach, to prawdziwy „nightmare” dla ptaków. Jeśli tak dziś wygląda nasze „ujście”, to za chwilę jedynym śladem po dawnej potędze przyrody będzie pył, który jeszcze długo po powrocie będziemy czuli w zębach.