wtorek, 25 sierpnia 2026

Obra packraft'em

Obra to nie rzeka dla rodzin z dziećmi. To nie rzeka dla niedzielnych turystów i miłośników lansowania się w social mediach z czystym wiosłem. Ta woda płynie leniwym korytem, ale meandruje tak gęsto, że zanim zdąży się wyprostować dziób, znowu trzeba składać się do zakrętu. Do tego dochodzą setki powalonych drzew - potężne zwałki, które sprawiają, że odcinek od Międzyrzecza do "mostu Bieruta" przed Zalewem Bledzewskim staje się poligonem, a nie sielankowym spływem.




​Wybraliśmy packrafty nie bez powodu. Są krótkie, bezwzględnie manewrowe, mają minimalne zanurzenie i pozwalają bez problemu wrzucić na pokład cały szpej z dwuosobowym namiotem i zapasami na kilka dni samowystarczalności.



​Większość organizowanych tu komercyjnych spływów opiera się na ciężkich, plastikowych dwójkach. Fajne na szerokie jezioro, ale tutaj? Długi kajak na Obrze to gwarancja walki z materią, obijania burt i wysiadania do wody w najmniej dogodnych momentach. Brak manewrowności w zwałkowym labiryncie szybko weryfikuje turystyczne zapędy.

​Wystartowaliśmy przy kładce obok miejskiego stadionu w Międzyrzeczu. Rzeka początkowo prowadzi leniwie przez miasto, dając złudne poczucie bezpieczeństwa w towarzystwie dzikich kaczek i zadrzewionych skwerów. Miasto jednak szybko zostaje w tyle. Kiedy cywilizacja milknie, zaczyna się prawdziwa gra z nurtem, w której packraft udowadnia swoją wyższość nad każdym innym pływadełkiem.

​Obra to rzeka kameleon. Czasem koryto zwęża się do gardła, zmuszając do przeciskania się między zwalonymi pniami, by za chwilę rozlać się w szeroką, senną toń. Woda potrafi być krystalicznie czysta, odsłaniając dno, ale równie szybko zmienia się w zamuloną, ciemną masę, która niesie ze sobą charakterystyczny zapach rozkładających się roślin. Tę zmienność czuje się również w nurcie - od leniwych, niemal stojących odcinków, gdzie każdy metr trzeba wypracować wiosłem, po nagłe, żywsze fragmenty, które wymagają pełnego skupienia.



​Najbardziej jednak uderza dzikość tej trasy. Całymi kilometrami brzegi są porośnięte tak gęstą, nieprzebytą ścianą roślinności, że wyjście z rzeki na brzeg staje się fizyczną niemożliwością. Dodajmy do tego fakt, że na większości tego szlaku nie ma żadnego zasięgu - ani telefonii, ani internetu. Zostaje się sam na sam z rzeką, dlatego poleganie na online'owych mapach w telefonie to bilet w jedną stronę do kłopotów. Dobra mapa offline w urządzeniu albo sprawdzony, papierowy klasyk to tutaj absolutny ekwipunek obowiązkowy, a nie zbędny balast.




​To nie jest łatwa trasa. Ale dla packraftera szukającego wyzwań, surowego piękna i prawdziwego kontaktu z naturą, odcinek Obry od Międzyrzecza to absolutny klasyk. Wymagający, nieprzewidywalny, a przez to niesamowicie satysfakcjonujący.

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Radkowski trawers Szczelińca

 

Szczeliniec Wielki kojarzy się dziś głównie z asfaltowym parkingiem w Karłowie, ciągiem kramów z dyktą i głośnym peletonem wlewającym się na schody po kolejny punkt na mapie. Alternatywą bywa Pasterka - cichsza, ale również powoli tracąca swój dawny, odosobniony ciężar.

​Wystarczy jednak cofnąć się na dół, do Radkowa, i podejść do sprawy od samej podstawy.

​Wybór szlaku ze stóp progu płytowego od strony Radkowa to najdłuższy, najbardziej mozolny, ale też najbardziej uczciwy wariant wejścia. Nie ma tu drogi na skróty. Żeby dotrzeć do cielska piaskowca, trzeba najpierw wydeptać swoje w głębokim cieniu dławiącego świerka i buka, poczuć w łydkach kamieniste podejścia i oddechy mrocznego lasu, gdzie mikroklimat drastycznie zmienia się z każdym krokiem w górę.

​Gdzieś po drodze wyrastają z ziemi potężne, ciosane z piaskowca filary. To pozostałości po dawnej leśniczówce w Radkowskim Dole. Brak dachu i ścian sprawia, że las powoli i konsekwentnie przetrawia ten cmentarz z kamienia, zostawiając jedynie szkielet. Tego typu miejsca przypominają, że szlak ten miał kiedyś swój zupełnie inny, wiejski rytm.



​Skały nie wyrastają tu nagle jako komercyjna atrakcja - narastają stopniowo z poziomu runa. Najpierw mija się pojedyncze, obrosłe grubym kożuchem mchu głazy, porzucone w wilgotnym poszyciu jak usypisko dawnych wieków. Potem pnie zaczynają ustępować miejsca potężnym, szarym monolitom, które osaczają ścieżkę i wymuszają zmianę rytmu marszu. Wrzosy na progach, chłód ciągnący ze szczelin i wąskie deskowane kładki rzucone nad wilgotnym podłożem tworzą przestrzeń, w której da się poczuć prawdziwą fakturę Gór Stołowych.




​Samo podejście wymaga oddechu i cierpliwości, ale daje coś nieuchwytnego: samotność na szlaku przez pierwsze dwie godziny marszu i świadomość, że na końcowy widok naprawdę się zapracowało.

​Powrót najlepiej domknąć przez Wodospady Pośny. Zamiast spiesznego zejścia tą samą drogą, schodzi się wzdłuż chłodnego koryta potoku, gdzie woda rzeźbi piaskowiec po swojemu. 




Szlak sprowadza wprost nad Zalew Radkowski. Po kilku godzinach czystego, górskiego podejścia i zbiegania po korzeniach, najlepszym finałem okazuje się zrzucenie butów i moczenie nóg w chłodnej wodzie z widokiem na próg, który przed chwilą znajdował się pod stopami.




środa, 12 sierpnia 2026

Bez koralowy - zwiastun pełni lata

Bez koralowy (Sambucus racemosa) to jeden z najbardziej charakterystycznych krzewów leśnych. Już w środku lata jego gałęzie zdobią gęste grona intensywnie czerwonych owoców, które przyciągają wzrok z daleka. Rośnie najczęściej na skrajach lasów, w zaroślach i wilgotniejszych miejscach.

Choć owoce wyglądają apetycznie, nie powinno się ich jeść na surowo. Zawierają związki, które mogą wywołać dolegliwości żołądkowo-jelitowe. Po odpowiedniej obróbce termicznej były jednak dawniej wykorzystywane do wyrobu soków, galaretek, dżemów czy nalewek.

W medycynie ludowej stosowano przede wszystkim kwiaty i korę. Napary z kwiatów wykorzystywano jako środek napotny przy przeziębieniach, a korze przypisywano działanie przeczyszczające i moczopędne. Dziś bez koralowy ma niewielkie znaczenie zielarskie i znacznie częściej wykorzystuje się bez czarny (Sambucus nigra), którego właściwości są lepiej poznane i potwierdzone.



Bez koralowy już obwiesił się czerwonymi owocami. Dla człowieka surowe są niewskazane, ale dla wielu ptaków stanowią cenne źródło pokarmu, gdy nadejdzie czas ich pełnej dojrzałości.

piątek, 7 sierpnia 2026

NoS Spin-off - Mokradła przed Zagajnikiem

🌿 Nocne opowieści Szeptuchy - Spin-off 🌿
Epizod 2: Mokradła przed Zagajnikiem



Nikt nie przechodził tędy chętnie. Mokradła wyglądały zwyczajnie - trawy, kępy sitowia, woda płytka, choć mętna. Ale każdy wiedział, że to miejsce nie ma dna.

Mówiono, że kiedyś próbował tu przejść wędrowiec z miasta. Chciał skrócić sobie drogę, ominąć obwód doliny. Zrobiono potem tylko jeden krok w poszukiwaniach - znaleziono jego laskę wbitą w ziemię tuż przy krawędzi. Dalej już nic. Ani ciała, ani śladu. Jakby mokradła połknęły go w całości i nie oddały nawet buta.

Starsi powtarzali, że woda tu nie odbija nieba. Możesz patrzeć w taflę godzinami, a zobaczysz tylko zniekształcone zarysy drzew, nigdy chmur ani księżyca. Jakby mokradła były osobnym światem, pamiętającym tylko to, co w Dolinie wydarzyło się kiedyś.

Były noce, gdy znad wody unosiła się mgła, gęsta, ciężka, nie dająca się rozgonić. Wtedy nikt nie podchodził bliżej. Bo kto raz we mgle usłyszał kroki, ten wiedział, że nie idzie sam. A kiedy odwracał się - widział tylko własne ślady, prowadzące w stronę, z której przyszedł.

Niektórzy twierdzili, że w mokradłach widywali istoty. Spaleńców, których ciała parowały jeszcze od wewnętrznego ognia. Topielców, z oczyma pustymi jak woda w kałuży. I Wodnice - mroczne zjawy, które wychodziły na brzeg i wciągały chłopów do wody, by zakończyć ich żywot. Nikt, kto próbował przejść przez mokradła, nie wrócił. Mokradła trwały w tym samym miejscu, odkąd pamiętano. A jednak każdy miał wrażenie, że ścieżki się zmieniają, że zarośla rosną inaczej, że drzewo, które wczoraj było proste, dziś ma wygięty pień. Nie było to złudzenie - po prostu czas w mokradłach płynął własnym rytmem.

środa, 5 sierpnia 2026

Betonowa patelnia

Miasto rozgrzane do białości przypomina rozżarzoną patelnię. Asfalt mięknie pod podeszwami, powietrze stoi w miejscu, a każdy oddech smakuje jak zupa z kurzu i spalin. W takim momencie człowiek oddałby wiele za podmuch chłodnego wiatru.

​Zamiast jednak szukać ratunku w klimatyzowanych klatkach, wystarczy odbić w bok, zostawiając za sobą miejski zgiełk, i wejść pod gęste sklepienie lasu, w którym czeka prawdziwe wybawienie - leśna rzeka.


​Wystarczy samo zbliżenie się do jej nurtu, by poczuć, jak temperatura drastycznie spada. Nawet nie trzeba zdejmować butów i wchodzić do wody. Wystarczy usiąść na brzegu. Wilgoć unosząca się z prądu, chłód ciągnący od wilgotnej ziemi i cień rzucany przez drzewa natychmiast robią swoje. Las i rzeka tworzą naturalny układ klimatyzacyjny, który w kilka minut resetuje przegrzany organizm.

Jeśli wobec tego, macie taką możliwość, to zamiast miejskiego skwaru, wybierzcie leśny mikroklimat. Czas wrzucić na luz i pozwolić, by dzika woda zrobiła swoje.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Pierwsze wodowanie

Kajaki na wodzie są z nami od kilku lat. Były spływy organizowane na rzekach. Były pierwsze dmuchane kajaki do wiosłowania po otwartych akwenach (jeziorach, zalewach). Ale cały czas czegoś brakowało.

Niezależności - logistycznej i czasowej.

Wreszcie dojrzeliśmy do decyzji, by zakupić packrafty i ruszyć samodzielnie na wyprawy rzeczne. Ale zanim to nastąpi, postanowiliśmy zwodować je w pierwszej kolejności na jeziorze, by pomanewrować i oswoić się ze sprzętem.


BUSHraft - Trekker Pro 2.0, brzmi poważnie ale i sprzęt jest poważny. Z wypornością do 150kg potrafi zabrać na pokład namiot ze śpiworem i cały szpej na kilkudniowy spływ rzeką. A materiał jest na tyle solidny, że od kilku już lat miłośnicy packraftingu testują i chwalą jego jakość.

Radzi sobie ze zwałkami, kamieniami i na mieliźnie. W sam raz na polskie rzeki, choć nie tylko. Świetnie się nim manewruje, bo szybko reaguje na wiosło, a szerokie bandy powodują, że jest stabilnie.

Dzisiejsze manewry to zaledwie początek nowej przygody i wyzwań na polskich wodach. A blog jest tym miejscem, gdzie będziemy Wam na bieżąco relacjonować o ciekawych bystrzach, przełomach i siedliskach dzikich rzek.





piątek, 31 lipca 2026

Ulga dla stóp - ziołowa kąpiel

Latem wszystko puchnie. Od upału, od chodzenia, od pracy w ogrodzie. Zmęczone nogi niosą nas przez cały dzień, ale rzadko dostają coś w zamian. A przecież kiedyś to było oczywiste - że wieczorem siada się na progu, zanurza stopy w misce i pozwala ziołom robić swoje.


Dziś wracamy do tej prostej, ludowej mądrości. Bez kosmetycznych zabiegów, bez sprzętów z marketu. Tylko ciepła woda, miska i to, co masz pod ręką.
To nie fanaberia. Taka kąpiel: 
- poprawia krążenie i odciąża opuchnięte stopy,
- pomaga odpłynąć limfie i złagodzić uczucie ciężkości,
- uspokaja układ nerwowy - dzięki czemu lepiej się śpi,
- łagodzi bóle po długim marszu, rowerze, pracy fizycznej.

Ciepła kąpiel stóp działa niemal jak masaż. A dodatek odpowiednich ziół tylko wzmacnia efekt.


Czego potrzebujesz?

- Miska z ciepłą wodą (nie gorącą! - wystarczy ok. 37-40°C),
- czas - najlepiej 15-20 minut bez pośpiechu,
- ręcznik i spokojne miejsce - najlepiej gdzieś blisko natury, na tarasie, w ogrodzie albo przy otwartym oknie.

Zioła, które warto dodać:
Szałwia - przy nadmiernym poceniu się, działa też przeciwzapalnie i bakteriobójczo.
Liście orzecha włoskiego - lekko ściągające, dobre na opuchnięcia.
Rumianek i lawenda - relaksują mięśnie, uspokajają.
Mięta - chłodzi, odświeża, działa lekko przeciwbólowo.
Kora dębu - silnie ściągająca, dla zmęczonych, przegrzanych stóp.
Melisa - łagodzi napięcia i koi nerwy.

Możesz używać suszu, świeżych ziół albo naparu - najlepiej zalać zioła wrzątkiem i odstawić na 10-15 minut, a dopiero potem wlać do miski z wodą.


A kiedy lepiej uważać?

Nie rób takiej kąpieli, jeśli masz:
- otwarte rany, skaleczenia, pęknięcia skóry,
- aktywną grzybicę stóp,
- uczulenie na któreś zioło.
W takich przypadkach lepiej najpierw zadbać o wyleczenie zmian - a potem wrócić do kąpieli jako rytuału pielęgnacyjnego.


To nic trudnego. To nawet nie zabieg. To sposób, żeby wrócić do siebie - po całym dniu, po wysiłku, po byciu dla innych.
Nawet jeśli nie masz pod ręką żadnych ziół - już sama ciepła kąpiel z odrobiną soli działa cuda.

Warto spróbować.
Wieczorem. Na progu.
Z miską i ciszą.

niedziela, 26 lipca 2026

Sezon grzybowy 2026

Sezon grzybowy powoli nabiera rozpędu. W różnych zakątkach Polski pojawiają się już pierwsze prawdziwki, maślaki, koźlarze czy kurki. Jedni wracają z lasu z pełnym koszem, inni wciąż czekają na upragniony wysyp. Tak już bywa - natura ma swoje tempo i nie wszędzie pisze ten sam scenariusz.
Jedno jest jednak pewne - przed nami kolejne miesiące pełne leśnych wędrówek, odkryć i spotkań z grzybami. A to oznacza, że na Leśnej Szeptusze ponownie zagoszczą dobrze znane cykle.


Jak co roku będziemy publikować Raporty Grzybowe, pokazując to, co naprawdę dzieje się w lesie. Bez koloryzowania, bez archiwalnych zdjęć i bez sensacyjnych nagłówków. Chcemy pokazywać rzeczywisty obraz sytuacji - co rośnie, gdzie pojawiają się pierwsze gatunki i jak z tygodnia na tydzień rozwija się sezon.

Powróci także MiniPoradnik Grzybiarza - seria krótkich wpisów, z praktycznymi wskazówkami i ciekawostkami. Będzie o rozpoznawaniu gatunków, bezpiecznym grzybobraniu, najczęściej popełnianych błędach oraz mniej znanych faktach ze świata grzybów. Zarówno dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z lasem, jak i dla tych, którzy od lat nie wyobrażają sobie jesieni bez koszyka w dłoni.

Mamy nadzieję, że i w tym roku będziecie wspólnie z nami zaglądać do lasów, dzielić się swoimi obserwacjami i przeżywać kolejne grzybowe wyprawy. Koszyki jeszcze nie wszędzie będą pełne, ale sezon już daje o sobie znać. A to dopiero początek.

środa, 22 lipca 2026

Ałycza - karmi ludzi i przyrodę

Nie wszystkie skarby natury ukrywają się głęboko w lesie. Niektóre rosną tuż przy drogach, na skrajach pól, w opuszczonych sadach i wśród zarośli, cierpliwie czekając na chwilę, gdy ich gałęzie ugną się pod ciężarem owoców. W środku lata trudno przejść obok nich obojętnie. Setki złocistych kulek migoczą między liśćmi niczym bursztynowe paciorki, a całe drzewo sprawia wrażenie, jakby natura postanowiła ozdobić je najpiękniejszą letnią biżuterią.


Tak właśnie wygląda ałycza (Prunus cerasifera), nazywana śliwą wiśniową. Choć dla wielu jest zwykłym dzikim drzewem, od wieków zajmuje ważne miejsce w krajobrazie Europy i Azji. Spotkać ją można niemal wszędzie - przy drogach, miedzach, dawnych gospodarstwach i na obrzeżach lasów. Często rośnie tam, gdzie człowiek już dawno przestał zaglądać, udowadniając, że potrafi doskonale radzić sobie bez niczyjej pomocy.

Ałycza pochodzi z terenów Kaukazu i Azji Mniejszej. Do Europy trafiła setki lat temu i szybko zyskała uznanie dzięki swojej niezwykłej odporności. Dobrze znosi mrozy, suszę oraz ubogie gleby. Nie wymaga szczególnej pielęgnacji, dlatego przez wiele pokoleń sadzono ją przy drogach, gospodarstwach i sadach. Z czasem zaczęła rozsiewać się samodzielnie, tworząc niewielkie zarośla i pojedyncze drzewa, które do dziś można spotkać niemal na każdym kroku.

W Polsce bardzo często owoce ałyczy błędnie nazywane są mirabelkami. To pomyłka powtarzana od pokoleń. Mirabelka jest odmianą śliwy domowej, natomiast ałycza stanowi odrębny gatunek. Oba drzewa są blisko spokrewnione i ich owoce bywają podobne, jednak różnią się pochodzeniem, pokrojem oraz wieloma cechami botanicznymi. Nie zmienia to faktu, że zarówno jedne, jak i drugie są w pełni jadalne i od dawna wykorzystywane w kuchni.

Najłatwiej rozpoznać ałyczę po niewielkich, kulistych owocach, których średnica zwykle wynosi od dwóch do trzech centymetrów. Mogą być żółte, czerwone, purpurowe, a nawet niemal czarne. Smak również bywa bardzo zróżnicowany. Jedne drzewa rodzą owoce słodkie i soczyste, inne bardziej kwaśne lub lekko cierpkie. To naturalna cecha gatunku, który występuje w wielu formach.

Latem owoce dojrzewają niemal jednocześnie. Gałęzie potrafią uginać się pod ich ciężarem, a część śliwek opada jeszcze przed pełnym zbiorem. Właśnie wtedy rozpoczyna się prawdziwa uczta dla mieszkańców okolicy. Ptaki chętnie wyjadają dojrzałe owoce, podobnie jak jeże, lisy czy borsuki. Nawet owady korzystają z fermentujących śliwek, czerpiąc z nich cenne cukry. Dzięki temu ałycza staje się ważnym elementem lokalnego ekosystemu.

Znaczenie tego drzewa nie kończy się jednak na owocach. Wczesną wiosną, często jeszcze przed pojawieniem się liści, ałycza obsypuje się tysiącami białych kwiatów. Dla pszczół, trzmieli i innych zapylaczy jest to jedno z pierwszych obfitych źródeł nektaru oraz pyłku po zimie. W okresie, gdy kwitnie niewiele innych roślin, każdy taki kwiat ma ogromną wartość.

Dawniej obecność ałyczy była czymś zupełnie naturalnym. Drzewa sadzono przy wiejskich drogach, ponieważ zapewniały cień, dawały owoce i nie sprawiały problemów w uprawie. Dzieci wracające z pól często zatrzymywały się przy nich na krótki odpoczynek. Kilka garści dojrzałych śliwek skutecznie gasiło pragnienie i dodawało energii podczas letnich prac. W czasach, gdy nie było sklepów na każdym rogu, takie drzewa stanowiły prawdziwy dar natury.

Owoce ałyczy mają szerokie zastosowanie kulinarne. Doskonale nadają się do jedzenia prosto z drzewa, ale równie dobrze sprawdzają się w przetworach. Powstają z nich aromatyczne dżemy, konfitury, kompoty, soki i nalewki. W wielu krajach wykorzystuje się je również do przygotowywania sosów podawanych z mięsem. Dzięki wysokiej zawartości naturalnych pektyn przetwory łatwo uzyskują odpowiednią konsystencję bez dodatku sztucznych zagęstników.


Owoce zawierają witaminę C, prowitaminę A, potas oraz liczne związki o działaniu przeciwutleniającym. Choć nie są cudownym lekiem, stanowią wartościowy element letniej diety. Jak w przypadku wszystkich dzikich owoców, należy zbierać je z dala od ruchliwych dróg i miejsc narażonych na zanieczyszczenia.

Drewno ałyczy nie jest szczególnie cenione w przemyśle, jednak samo drzewo odgrywa ważną rolę w sadownictwie. Bardzo często służy jako podkładka do szczepienia wielu odmian śliw, ponieważ posiada silny system korzeniowy i dobrze przystosowuje się do różnych warunków glebowych. W pewnym sensie pozostaje więc niewidocznym fundamentem wielu sadów.

Patrząc na stare drzewo obsypane złotymi owocami, trudno nie odnieść wrażenia, że jest ono żywą kroniką minionych lat. Być może pamięta gospodarstwo, którego już nie ma, drogę, po której nie jeżdżą wozy, albo sad, z którego pozostało jedynie kilka samotnych drzew. Mimo upływu czasu każdego lata wykonuje tę samą pracę - kwitnie, owocuje i dzieli się swoimi darami z każdym, kto zechce je dostrzec.

Być może właśnie dlatego ałycza budzi tak wiele ciepłych skojarzeń. Nie imponuje rozmiarem ani egzotycznym pochodzeniem. Nie wymaga podziwu. Po prostu trwa. Każdego roku przypomina, że największe bogactwo przyrody często znajduje się tam, gdzie najmniej się go spodziewamy - przy starej drodze, na skraju pola, w cieniu zapomnianego płotu. Wystarczy zwolnić krok i spojrzeć na gałęzie uginające się pod ciężarem złotych owoców, aby przekonać się, że lato wciąż potrafi obdarowywać z niezwykłą hojnością.

sobota, 18 lipca 2026

Kajakiem po Bystrzycy

Odcinek Bystrzycy zaczynający się w Kątach Wrocławskich (za cmentarzem) i kończący w miejscowości Skałka, to około 10 kilometrów rzeki o wybitnie zwałkowym charakterze, na którego pokonanie trzeba liczyć minimum 3 godziny ciągłej walki z przeszkodami. Trasa od samego początku weryfikuje przygotowanie i nastawienie, nie dając miejsca na spokojne, rekreacyjne rozgrzewanie się na otwartej wodzie. 

Choć powszechnie uważa się Bystrzycę za jedną z trudniejszych rzek nizinnych i nazywa „polską Amazonką”, poziom trudności to kwestia indywidualna - dla jednych pokonanie tylu przeszkód w gęstwinie będzie trudem, dla innych czystą rutyną i „bułką z masłem”. Faktem jest jednak, że rzeka wymaga już jakiegoś doświadczenia w manewrowaniu kajakiem. Na całym dystansie znajduje się kilkadziesiąt drzew powalonych w poprzek koryta, a zatory wymagają stałej czujności - przeciskania się pod konarami, brania rozpędu na pnie, a przy niskich stanach wody również walki ze zdradliwymi mieliznami, które potrafią skutecznie unieruchomić kajak. Można tu oczywiście forsować "przenoski" wodą, ale to raczej zabawa dla bardziej doświadczonych amatorów kajakarstwa. 



Krajobraz jest przy tym mocno zróżnicowany, bo kameralne, gęsto zalesione odcinki z wysokimi, podmywanymi brzegami i zwaliskami, przeplatają się z bardziej otwartymi fragmentami, gdzie rzeka płynie wśród wysokich traw i szuwarów. Stawka na tym dystansie rozciąga się niemal natychmiast, a na jakikolwiek oddech nie ma co liczyć zbyt wcześnie - kilkadziesiąt metrów bez drzew i mielizny, to tutaj bardzo długa przerwa na odpoczynek, a takie luźniejsze miejsca znajdują się dopiero na wysokości Małkowic, czyli pod sam koniec tego etapu. 

Pomimo iż Bystrzyca nie należy do najczystszych rzek, a dystans 10 kilometrów może wydać się wielu osobom zbyt krótki na papierze, to jej autentycznie dziki charakter oraz nagromadzenie przeszkód, czynią z niej wyzwanie, które bez wątpienia warto podjąć.




Zdjęcia nie oddają właściwego charakteru rzeki, bo robione w bezpiecznych okolicznościach.


wtorek, 14 lipca 2026

Zapomniana stacja kolejowa

Uważni nasi czytelnicy, zapewne zauważyli, że relacjonując własne wyprawy, nie kładziemy nacisku na obiekty zabytkowe. Nie robimy tego, gdyż często sprowadzałoby się to do opisywania historii napotykanych zamków/dworów/folwarków, a jeszcze częściej (jak to ma miejsce w większości przypadków) religijnych obiektów (świątyń/klasztorów/kapliczek). Dzisiaj internet pełen jest informacji na temat niemal każdej starej budowli i sami, także czerpiemy z niego wiedzę. Dlatego nie w głowie nam kopiować, czy powielać powszechnie dostępnych informacji.

Są jednak takie miejsca, które na pierwszy rzut oka, nie robią specjalnego wrażenia i zdecydowanie nie są popularne, a pobudzają wyobraźnię i każą się zastanowić nad przeszłością.
Takim miejscem według nas, jest stara, nieczynna już i zaniedbana stacja kolejowa we wsi Roztoka, w Gminie Dobromierz na Dolnym Śląsku.


Stara stacja kolejowa w Roztoce ma bogatą historię, ściśle związaną z rozwojem kolei na Dolnym Śląsku.

Oto kluczowe daty i fakty dotyczące jej historii:

- 1889 rok: Budowa linii kolejowej Strzegom - Bolków i pierwsze połączenie kolejowe.
- 1 grudnia 1890 roku: Oficjalne otwarcie stacji kolejowej i dworca w Roztoce.
- 1999 rok: Zamknięcie stacji dla ruchu pasażerskiego.


Dawny dworzec w Roztoce był świadkiem rozwoju lokalnej infrastruktury kolejowej i nie tylko.

Stacja w Roztoce przez lata stanowiła pulsujące serce lokalnej społeczności, będąc kluczowym węzłem, od którego w dużej mierze zależało codzienne funkcjonowanie całego mikroregionu. To właśnie przez ten punkt przewijało się życie mieszkańców, a sprawność połączeń kolejowych bezpośrednio przekładała się na rozwój gospodarczy i swobodę komunikacji w najbliższej okolicy. Jako istotne ogniwo transportowe, stacja skutecznie spajała lokalne potrzeby z szerszym światem, wyznaczając rytm codzienności dla pokoleń osób korzystających z ruchu pasażerskiego i towarowego. To właśnie kolej pozwoliła Roztoce być samowystarczalnym ośrodkiem życia społecznego.
Połączenia z Bolkowem, Strzegomiem i Jaworem zapewniały ciągłość dostaw, a mieszkańcom dostęp do większych ośrodków miejskich i pracy.

Po oficjalnym zamknięciu stacji, infrastruktura kolejowa została częściowo zdemontowana, a pozostawione perony i przejścia podziemne, zniszczone zostały upływem czasu i ingerencją samej natury.

Budynek dawnego dworca kolejowego, znajdujący się przy ulicy Kolejowej 1A, został przekształcony w dom mieszkalny. I choć na przestrzeni lat, jego stan ulegał pogorszeniu, to do dzisiaj pełni tę samą funkcję.



piątek, 10 lipca 2026

W objęciach nurtu i leśnej ciszy

Spływ Kwisą to nie jest zwykłe wiosłowanie po tafli jeziora. To przygoda dla tych, którzy szukają kontaktu z surową, nieokiełznaną naturą. Jak widać na poniższych zdjęciach, rzeka potrafi być łagodna, prowadząc kajak szerokim nurtem pośród soczystej zieleni, gdzie jedynym dźwiękiem jest rytmiczne uderzenie wiosła o wodę.

Kwisa to rzeka "charakterna". Jej brzegami często wędrują drzewa, które pochylają się nisko nad wodą, tworząc naturalne tunele i przeszkody, które zmuszają do czujności. To miejsce, gdzie rzeka żyje własnym tempem - raz przyspiesza na bystrzach, by za chwilę zwolnić w głębszych, cichszych zakolach, gdzie woda wydaje się niemal nieruchoma.

​Dla kogo jest ta rzeka?

  • Dla poszukiwaczy spokoju: Jeśli chcesz na kilka godzin wyłączyć się z cywilizacyjnego zgiełku i poczuć rytm lasu, Kwisa jest idealna.
  • Dla tych, którzy lubią lekkie wyzwania: To rzeka wymagająca podstawowej techniki. Zwalone drzewa, meandry i zmienny nurt sprawiają, że trzeba być uważnym i stale współpracować z nurtem, a nie tylko dryfować.
  • Dla średniozaawansowanych i początkujących z opieką: Choć rzeka nie jest skrajnie trudna, wymaga umiejętności manewrowania. To świetny wybór dla osób, które czują się już pewnie w kajaku i chcą czegoś więcej niż tylko rekreacyjnego pływania po stawie.



Kwisa uczy pokory i uważności. Każdy kilometr, to inna historia zapisana w nurcie rzeki i szumie nadbrzeżnych zarośli. Jeśli szukasz rzeki, która nie jest „drogą asfaltową” wśród wód, ale żywym, zmiennym organizmem - wybierz się na Kwisę.

wtorek, 7 lipca 2026

Czerwone złoto w słoju

Nie szukamy dróg na skróty. Kiedy zrywamy porzeczki z naszego ogrodu, chcemy zamknąć w słoju ich czystą, surową esencję, a nie gotowany kompot. Bez pasteryzacji, bez chemii, tylko natura, cukier i czas.

​Jak to robimy?

​Całość sprowadza się do osmozy - cukier robi tu całą robotę.

  • Przygotowanie: 3 litry świeżo zebranych owoców szypułkujemy własnoręcznie; to 45 minut medytacyjnej pracy, która pozwala nam się wyciszyć.
  • Zasypywanie: Sypiemy cukier „na oko”, aż wypełni przestrzenie między owocami pod samo wieko słoja.
  • Shaking: Zamiast biernego czekania, stosujemy aktywne potrząsanie słojem. Raz na dobę lub dwie, zależnie od tego, co podpowiada nam obserwacja.
  • Klucz do sukcesu: Utrzymujemy odpowiednio wysokie stężenie cukru, które działa jako naturalny konserwant, nie dopuszczając do fermentacji.

​Dlaczego warto?

​To nie jest zwykły dodatek. To nasza apteczka i orzeźwienie w jednym.

  • Naturalna bomba: Czerwona porzeczka to nie tylko kwasowość - to solidna dawka witaminy C, żelaza i antyoksydantów, które w wersji surowej zachowują pełnię swojej mocy.
  • Zastosowanie: Gęsty, rubinowy syrop idealnie „gra” z wodą gazowaną w upalne dni, dodaje charakteru zimowej herbacie i ratuje niejeden deser, gdy potrzebujemy przełamać słodycz czymś cierpkim.
  • Satysfakcja: To praca, która uczy cierpliwości i pozwala nam utrzymać pion. Zamykanie lata w butelce, kiedy za oknem szaleje zima, to czysty konkret.

Więcej naszych wpisów, o tym i podobnych sposobach obróbki owoców, znajdziecie pod poniższym linkiem:

sobota, 4 lipca 2026

Ratujemy stary dworzec kolejowy

Dołączamy do akcji Towarzystwo Miłośników Ziemi Strzegomskiej i namawiamy do poparcia petycji. To nic nie kosztuje - wystarczy naskrobać mejla pod adres: tmzs@int.pl z hasłem: Popieram.

Ratujmy dworzec kolejowy w Strzegomiu (dolnośląskie).
Pełna treść Petycji na stronie Towarzystwa:

środa, 13 maja 2026

W upalnym uścisku

Alert RCB o zagrożeniu pożarowym to nie są teoretyczne rozważania. Wystarczy wejść między drzewa, by poczuć, że to nie jest zwykła letnia spiekota. To walka o przetrwanie, której na pierwszy rzut oka nie widać, bo sosny wciąż stoją niewzruszone, jakby nic się nie działo.

​Ale wystarczy spojrzeć niżej. To tam las dostaje najmocniej. Mchy, jagodziska i wrzosy kruszą się pod stopami. Kałuże na duktach i okoliczne rowy to już tylko wspomnienie, spękane zagłębienia w ziemi. „Mała retencja” w takich dniach nabiera zupełnie innego, brutalnego formatu - staje się pustym hasłem, bo aktualnie nie ma czego zatrzymywać.

​W tym wszystkim ona. Czapla. Spotkana w samym środku tego wysuszonego królestwa, dobre dwa lub trzy kilometry od najbliższej wody. Stała nieruchomo między pniami, jakby szukała ratunku w cieniu, którego na jej wyschniętych bagnach już nie ma. To tylko przypuszczenia, ale widok ptaka wodnego szukającego schronienia w głębi lasu mówi o skali suszy więcej niż jakikolwiek wykres.


​Las stoi. Ale pod jego koroną życie kurczy się i pęka w ciszy. Miejcie z tyłu głowy te alerty. Wystarczy chwila nieuwagi, porzucone szkło czy niedopałek, by ten kruchy spokój zamienił się w piekło. W obliczu takiej suszy każda iskra to potencjalna tragedia. Naprawdę niewiele trzeba, by stracić to, co jeszcze próbuje przetrwać.

piątek, 8 maja 2026

Polska "Amazonia"?

Obiecywali nam polską Amazonię. Kiedy w 2001 roku wydzielano ten obszar, idea była jasna: stworzyć nietykalny azyl dla ptaków, miejsce, gdzie woda dyktuje warunki, a człowiek jest tylko pokornym obserwatorem. Z tą właśnie myślą ruszyliśmy w stronę Kostrzyna nad Odrą. Chcieliśmy na własne oczy zobaczyć to osobliwe dorzecze i przy okazji zrozumieć, dlaczego turyści omijają ten park tak szerokim łukiem. Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewaliśmy, i była wyjątkowo gorzka.

​Dziś po polskiej Amazonii zostało głównie wspomnienie w starych folderach. Mamy początek maja - czas, w którym o tej porze roku woda powinna być tu dosłownie wszędzie, zalewając łąki i dając życie tysiącom lęgowych ptaków. Zamiast tego zastaliśmy popękaną ziemię, a zamiast ptasiego gwaru - głuchą, suchą ciszę. Sam Park Narodowy Ujście Warty już w kwietniu alarmował, o krytycznie niskich stanach wód i ogromnym deficycie, ale dopóki nie stanie się na środku Polderu Północnego, trudno pojąć skalę tego dramatu. Przejście przez te tereny miało być wyprawą w głąb dzikiej natury, a okazało się marszem przez dno wyschniętego świata. Zamiast brodzenia w wodzie, zaliczyliśmy tylko wszechobecny, gryzący pył. Ten kurz był wszędzie: w butach, w nosie i w każdej szczelinie ubrania. Stał się namacalnym dowodem na to, że serce tego parku przestało bić.

​Trzeba jednak oddać prawdę, że natura nie poddała się całkowicie. Ptasia „betonka” nad Postomią jeszcze żyje. Tam, w jej rozlewisku, wciąż można znaleźć stada ptaków, które kłębią się przy tym niewielkim skrawku wody. To niesamowity, ale i smutny widok - wygląda na to, że to jedna z niewielu ostatnich ostoi dzikiego życia w całej okolicy. Cały ekosystem zdaje się być teraz stłoczony w takich punktowych rezerwatach, walcząc o przetrwanie.







Już nie dziwi nas brak turystów. Trudno oczekiwać zachwytu tam, gdzie zamiast życia ogląda się powolną agonię krajobrazu. Wróciliśmy z tej podróży z ciężkim bagażem - nie sprzętu, a emocji. Dominuje smutek i ten specyficzny, chłodny lęk o przyszłość. Skoro w maju, w momencie szczytu wegetacji i lęgów, jest tak fatalnie, to strach pomyśleć, co wydarzy się w lipcu czy sierpniu. To, co nas czeka w nadchodzących miesiącach, to prawdziwy „nightmare” dla ptaków. Jeśli tak dziś wygląda nasze „ujście”, to za chwilę jedynym śladem po dawnej potędze przyrody będzie pył, który jeszcze długo po powrocie będziemy czuli w zębach.