sobota, 10 października 2026

Raport grzybowy - opieńkowe eldorado

Sezon w pełni, więc pozostajemy w temacie grzybobrania. Tym razem nie trzeba było nam szukać daleko - lokalne rewiry wokół Kątów Wrocławskich pokazały swoje najbardziej szczodre oblicze. Krótki, zaledwie półtorakilometrowy spacer, przeobraził się w prawdziwe grzybowe eldorado. Jesienny las zaserwował kapitalne opieńkowe wysypy, obok których po prostu nie dało się przejść obojętnie.


​Cały zbiór zajął zaledwie półtorej godziny, a efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania - z lasu wynieśliśmy aż 10 kilogramów wspaniałych opieniek. Co najważniejsze, grzyby są wyjątkowo czyste, młode i w pełnej krasie. Aż miło popatrzeć na tak zdrowe, dorodne okazy, które zaraz po powrocie trafiły na kuchenny blat do przetwarzania.


​Leśne ostępy i rozlewiska nad Bystrzycą, nie są najatrakcyjniejsze. Jednak taka obfitość, na tak krótkim dystansie przypomina, jak niewiele trzeba, by złapać właściwy rytm przyrody i trafić na idealny moment jesiennego urodzaju. Teraz jest najlepszy czas, by wybrać się po tego rodzaju grzyba do kąteckiego lasu.

środa, 7 października 2026

Kłoda piastunka

W głębi lasu, tam gdzie czas biegnie zupełnie inaczej niż w świecie ludzi, leży stary, powalony konar, który dla wielu wciąż jest tylko bezużyteczną pozostałością, śmieciem czy dowodem na zaniedbanie. Jednak prawda jest zupełnie inna, bo to monumentalne, rozkładające się drewno to w rzeczywistości tętniące życiem serce całego biotopu. 


Kiedy potężne drzewo kończy swój ziemski bieg i osuwa się na leśną ściółkę, nie umiera - ono po prostu zmienia swoją rolę. Staje się legendarną kłodą-piastunką, naturalną, potężną gąbką wodną oraz bezpieczną przystanią dla setek organizmów. Wzdłuż jego spękanej, pokrytej szmaragdowym mchem struktury bujnie wyrastają paprocie i młode siewki, mając w spróchniałej tkance idealne podłoże, które trzyma wilgoć i karmi je lepiej niż jakakolwiek zwykła gleba. W cieniu tych murszejących ścian toczy się ciche, intensywne życie owadów saproksylicznych, grzybów i mchów, które powoli, centymetr po centymetrze, trawią celulozę, by zamknąć wielki obieg materii w przyrodzie. 

To powalone drzewo chłonie deszcz jak gąbka i oddaje go w dniach największej suszy, stabilizując mikroklimat wokół siebie i dając tlen, schronienie oraz start nowemu pokoleniu lasu, udowadniając tym samym, że w naturze każdy koniec jest po prostu genialnym, nowym początkiem.

niedziela, 4 października 2026

MiniPoradnik grzybiarza - jak poznać, że opieńki są w drodze

Najbardziej fascynujący moment w sezonie to ten, tuż przed wybuchem opieniek - gdy las już coś szepcze, tylko trzeba umieć to usłyszeć.
Nie widać jeszcze kapeluszy, ale wszystko dookoła zaczyna się zmieniać: zapach, wilgoć, nawet zachowanie zwierząt.


Zbliżające się opieńki da się wyczuć. Najpierw pojawia się słodkawy zapach mokrego drewna, jakby fermentującej kory - to znak, że grzybnia pracuje. Drewno nagrzewa się od środka, a powietrze pachnie „ciepłą zgnilizną”.
Potem można zauważyć, że kora starych pni robi się ciemna i jakby spocona - to nie zawsze deszcz, lecz para z wnętrza drewna, gdy grzybnia zaczyna oddychać pełną parą. Zazwyczaj po takim „spoceniu” w ciągu dnia lub dwóch pojawiają się pierwsze czapeczki.

Kolejny sygnał to pękająca kora. Jeśli pod spodem widać biały, włóknisty nalot przypominający pajęczynę - to aktywna grzybnia opieńki, która rozpycha się od środka.
Wtedy wystarczy tylko chłodna noc - około 3-5°C - i poranna, ciężka rosa. To moment, kiedy natura daje sygnał: czas na owocniki. Po 24-48 godzinach zaczynają wychodzić pierwsze zwiadowcze grupy.

Czasem o nadchodzącym wysypie mówi też sam las - robi się w nim więcej życia. Ślimaki, mrówki i dzięcioły gromadzą się przy starych pniach, bo wyczuwają ciepło i zapach białka z pracującej grzybni.
A jeśli po kilku chłodnych dniach trafi się jedno ciepłe, parne popołudnie z mgłą nad ściółką - to niemal pewne, że następnego ranka pojawią się złociste gromady.

Opieńki nie przychodzą po cichu. Najpierw las daje znak - wystarczy się zatrzymać, wciągnąć zapach i posłuchać, co mówi ziemia.

czwartek, 1 października 2026

NoS3 - Odcinek 2

 

🌿 Nocne opowieści Szeptuchy 🌿
Odcinek 2: Wyjątkowa obecność


Tej nocy czuwanie było inne. W chacie pod smutnym drzewcem nikt nie musiał mówić  - wszyscy wiedzieli, że po tej stronie zjawił się ktoś, kto nie powinien tu trafić. Żywi nie przekraczają granicy.


Wypuścili psa. Pobiegł w stronę Doliny. A gdy wrócił jeszcze przed świtem, usiadł spokojnie na zadzie i merdał ogonem, jakby chciał powiedzieć, że zrobił, co należało. Dziewczę było już bezpieczne. Po właściwej stronie, w Zagajniku, spało snem zmęczonego wędrowca.

W chacie zapadła cisza cięższa niż dotąd. Nikt nie zadał pytania głośno, ale zawisło ono nad wszystkimi równie wyraźnie jak blady księżyc nad drzewem:

Kto ją tu sprowadził - i po co?

Spojrzenia zwróciły się ku Dziwakowi. To on najlepiej znał Dolinę, to on pamiętał ścieżki prowadzące do stawu i cmentarza. Jeśli ktoś miał odnaleźć trop, to mógł to zrobić tylko on.

Dziwak nie potrzebował słów. Wstał, podniósł latarnię i skinął głową. Pies uniósł łeb, ale tym razem pozostał - jego zadanie zostało spełnione.

Cisza w chacie gęstniała jeszcze chwilę, jakby ważyła tę decyzję, aż w końcu strażnicy przyjęli ją bez sprzeciwu. Dziwak ruszył w stronę granicy.

Dziwak dotarł do stawu, lecz nie przekroczył tafli. Stał na swoim brzegu, patrząc długo w nieruchomą wodę. Niczego podejrzanego tam nie było, żadnego śladu, że to właśnie tu otworzono przejście. Wiedział, że musi szukać w innym miejscu.

Ruszył więc ku Zagajnikowi. Chciał się upewnić, że dziewczyna jest bezpieczna po właściwej stronie i może przy okazji dowiedzieć się czegoś więcej.

Z oddali, wśród drzew, dostrzegł ją wreszcie - pogrążoną w śnie, nieruchomą, jakby wtuloną w samą ziemię. A nieopodal, w półcieniu, majaczyła sylwetka prababki. Jej obecność była mglista i nieuchwytna, widoczna tylko dla tych, którzy wiedzą, gdzie patrzeć.

Dziwak nie podszedł bliżej. Stał w cieniu drzew i patrzył, a wraz z pierwszym świtem zrozumiał jedno: to nie przypadek. Wiedział już, kto otworzył drogę, a wraz z nią coś większego, co właśnie zaczęło się dziać.

Niepokój utkwił w nim głębiej niż cisza jego obecnego świata.

niedziela, 27 września 2026

Raport grzybowy z okolic Miękini

Wyjazd do lasu zaliczyliśmy stosunkowo późno, bo na szlak wyruszyliśmy dopiero około godziny 9:00. Lubiatowskie knieje przywitały nas niestety sporym ściskiem - na miejscu zastały nas tłumy hałaśliwych grzybiarzy, co na początku nie napawało optymizmem. Ślady intensywnego penetrowania poszycia widoczne były niemal na każdym kroku, w postaci licznie wyciętych grzybów.


​Mimo sporych ubytków w runie i dużej presji ze strony innych odwiedzających, leśne ścieżki okazały się całkiem łaskave. Wypatrzyliśmy sporo młodych, zdrowych podgrzybków, które dopiero co wybiły się z mchu oraz dorodne kanie czubajki. Przyroda ma własny rytm i przy odrobinie cierpliwości nawet po tak późnym starcie da się trafić na świeże wysypy.



​Podsumowując naszą trasę - we dwie osoby pokonaliśmy dystans około 7 kilometrów, co zajęło nam niespieszne 3 godziny włóczęgi. Efektem tej wyprawy jest około 3 kilogramów czystych, dorodnych grzybów.


W najbliższych dniach będą tam kolejne grzyby, więc warto naostrzyć noże i ruszyć w tamtym kierunku.

piątek, 25 września 2026

Dlaczego packrafting?

W świecie, w którym wszystko musi być natychmiastowe, zaplanowane i podane w cyfrowej rozdzielczości, packrafting jest formą najczystszego buntu. Wystarczy spakować lekki ponton w plecak, ruszyć nad brzeg i pozwolić, by nurt rzeki przejął kontrolę nad czasem. To nie jest sport dla bicia rekordów prędkości - to powrót do autentycznego doświadczania przyrody z perspektywy, która dla tradycyjnych kajaków, czy pieszych wędrowców pozostaje całkowicie niedostępna. Płynąc przez nadrzeczny las, gdzie gałęzie tworzą naturalne sklepienie, a jedynym dźwiękiem jest miarowy szum wody i wioseł, w głowie dzieje się coś niezwykłego. Układ nerwowy odcina się od miejskiego hałasu, a przebodźcowany umysł w końcu dostaje przestrzeń na głęboki reset.


​Dlaczego to tak bardzo wciąga? Ponieważ packrafting daje poczucie absolutnej niezależności, połączonej z nutą surowej przygody. To uzależnienie od wolności - od odkrywania ukrytych zakoli, niedostępnych dzikich brzegów i miejsc, do których nie prowadzą żadne drogi. Jednak prawdziwą wisienką na torcie, która dopełnia całe to doświadczenie, jest moment, gdy po całym dniu wiosłowania rozkłada się obozowisko. Nocleg w namiocie tuż przy brzegu, zapach wilgotnej ziemi, chłód nadchodzącego wieczoru i cisza przerywana jedynie odgłosami nadrzecznej natury dają poczucie totalnego zakorzenienia. Powrót z takiego wypadu po fizycznym zmęczeniu, ale z głową całkowicie oczyszczoną z szumu, z tą rzadką jasnością myśli i satysfakcją, której nie da się kupić - to po prostu powrót do do siebie.

poniedziałek, 21 września 2026

Wrześniowy biwak?

Wrześniowy biwak w terenie to temat, który budzi sporo wątpliwości. Letnie upały odchodzą w przeszłość, a perspektywa nocy spędzonej pod namiotem staje się dla wielu sprawdzianem odporności, a nie tylko przyjemnością. Z jednej strony mamy trudniejsze warunki, z drugiej - uroki, których nie znajdziemy w środku lata. Przyjrzyjmy się temu, czy warto ruszać w trasę, gdy wrzesień zaczyna rządzić się swoimi prawami.


​Zacznijmy od minusów, bo wrzesień nie wybacza braku przygotowania. Dni stają się coraz krótsze, a słońce zachodzi błyskawicznie, pozostawiając nas z długimi, ciemnymi wieczorami w obozowisku. Do tego dochodzi lodowata wilgoć ciągnąca od ziemi oraz poranna kondensacja, czyli skraplająca się para wodna na ściankach namiotu. Bez odpowiedniego materaca izolującego od podłoża i zestawu cieplejszych ubrań łatwo o przemarznięcie, co szybko psuje całą radość z wyjazdu.

​Mimo tych niedogodności gra jest warta świeczki, ponieważ wrzesień przynosi profity nieosiągalne w lipcu czy sierpniu. Przede wszystkim szlaki pustoszeją, a uciążliwe letnie owady znikają, dając upragniony spokój. Dni są rześkie i idealne do aktywności fizycznej bez ryzyka przegrzania organizmu. Największym atutem jesiennego biwaku staje się jednak ognisko. Po całym dniu w terenie płomienie dają nie tylko upragnione ciepło, ale tworzą niepowtarzalny klimat, przy którym można zjeść coś pożywnego i odpocząć w ciszy gasnącego lasu. Wrześniowy biwak wymaga lepszego sprzętu, ale odwdzięcza się surowym, wyjątkowym doświadczeniem, którego warto spróbować samemu.

czwartek, 17 września 2026

NoS3 - Odcinek 1

🌿 Nocne opowieści Szeptuchy 🌿
Odcinek 1: Po drugiej stronie


Każdy, którego czas na ziemi dobiegł końca, przekracza granicę nad stawem. Nie ma fali, nie ma nurtu - tylko gładka tafla, na której Księżyc odbija się tak samo obco jak spojrzenie w cudze oczy. Powietrze nieruchomieje, jakby wstrzymało oddech, a cisza osiada na ramionach ciężarem. Krok, który nie jest krokiem, i już nie ma powrotu.


Po drugiej stronie czas nie płynie. Nie ma dni ani miesięcy. Mgła nie znika, tylko gęstnieje i rozwiewa się własnym rytmem. Jedynie Księżyc przychodzi i znika, jakby przypominał, że coś jednak trwa - a może tylko powtarza ten sam obraz w nieskończoność.


Dusze dobre nie błądzą. Idą w stronę smutnego drzewca, którego konary zwisają tak nisko, że niemal dotykają ziemi, jakby chciały otulić tych, którzy potrafili tu dotrzeć. U jego stóp stoi chatka. Cicha, skromna, jakby zbudowana nie ręką, lecz wspólną pamięcią tych, którzy znaleźli tu swoje miejsce. W jej progach dobrzy spotykają się, by trwać razem. Nie w bezczynności - ale w czuwaniu. Patrzą w stronę doliny. Troszczą się o żyjących, choć nikt z żywych o tym nie wie.


Złe dusze nie umieją albo nie chcą. Snują się między bezkształtnymi mgłami, z każdym dniem coraz bardziej przygnieceni własną niemocą. Każdy krok jest cięższy od poprzedniego, aż w końcu zostaje tylko bezruch i spojrzenie wbite w ciemność. Ich smutek staje się ciężarem tak gęstym, że przyciąga istoty, które karmią się rozpaczą. Demony nie mają postaci - są jak skrzypienie w pustym domu, jak oddech tuż za plecami. Tu jednak żywią się nie ludźmi, lecz tymi, którzy nie potrafią znaleźć dla siebie miejsca. A kiedy się zbliżają, cisza gęstnieje tak bardzo, że zdaje się dławić.


Cisza tamtej strony bywa cięższa od wszystkich krzyków świata.


Pod drzewcem, przy chacie pojawia się czasem sylwetka. Wysoka, wyprostowana, znana z doliny. Obok niej cień psa, tego samego, który nieraz biegł ścieżką między cmentarzem a strumieniem. Stoją bez słów, jakby byli tu od dawna. A może dopiero co przyszli.



Mgła pod drzewcem rozstępuje się tylko wtedy, gdy ktoś nadchodzi. Tego wieczoru nie niosła jednak duszy przechodzącej przez taflę, lecz kroki tych, którzy czuwają. Sylwetka mężczyzny i cień psa stały u progu chaty, jakby dopiero co wrócili z drogi. Pies nie szczekał - poruszył tylko łbem i utkwił wzrok w kierunku doliny, której tu nie było widać, a jednak każdy wiedział, gdzie leży.


W chacie paliło się światło. Nie było widać świecy, ognia ani lampy - tylko matowy blask, który spływał z belek i ścian. W środku siedzieli inni. Ich twarze nie starzały się ani nie młodniały. Czekali. Szeptali cicho, a szept mieszał się z ciszą, aż trudno było odróżnić jedno od drugiego.


Nie byli uwięzieni. Mogli odejść głębiej w mgłę, zapomnieć o wszystkim i pozwolić, by czas rozpłynął się w nicości. Ale nie odchodzili. Wybierali czuwanie - choć sami nie wiedzieli, czy ktokolwiek w dolinie odczuwa ich obecność.


Nieopodal chaty, wśród snujących się bezradnie cieni, coś się poruszyło. Najpierw szelest, potem drżenie mgły. Złe dusze nie miały odwagi podejść pod drzewo, ale tej nocy coś je pchało naprzód. Niosły za sobą ciężar krzyku, którego nie potrafiły wydobyć z własnych gardeł.


Pies uniósł łeb, warczenie zawisło w powietrzu. Mężczyzna wyprostował się i zrobił krok przed siebie, jakby wyznaczał granicę. Światło chaty przygasło na moment, mgła zgęstniała.


Wtedy pojawił się trzask - jak pękająca gałąź w zimowym lesie. Echo poniosło się po tamtej stronie i długo nie gasło. Dusze cofnęły się, a ciemność odsunęła od chaty.


Znów zapadła cisza.


Ale każdy, kto czuwał pod drzewcem, wiedział, że tej nocy coś się zmieniło. Jakby po tamtej stronie ktoś lub coś zaczęło szukać drogi do doliny.

poniedziałek, 14 września 2026

Drugie życie pokrzywy

Wygląda na to, że po letnim koszeniu pokrzywa dostała drugie życie i wrzesień przywitał nas pięknym, soczystym odrostem. Choć przyjęło się uważać majowy zbiór za bezkonkurencyjny, to świeże, młode pędy pojawiające się późnym latem i na początku jesieni są niemal równie wartościowe. Są pozbawione zdrewniałych łodyg oraz twardych kwiatostanów, dzięki czemu idealnie nadają się do bieżącego wykorzystania w kuchni, na przykład jako dodatek do jesiennych zup, omletów czy domowego pesto.

Wrześniowy odrost, to także doskonały surowiec na świeże napary, susz na zimę oraz bazy do wzmacniających soków i nalewek, które świetnie sprawdzą się w chłodniejsze dni. Sucha, czysta zieloność tych wierzchołków aż się prosi, by zebrać je do koszyka podczas spaceru.


sobota, 12 września 2026

Raport grzybowy - Góry Krucze

Minął zaledwie tydzień od ostatniego wypadku, a my znów wracamy z leśnym raportem z tras. Tym razem wybór padł na Góry Krucze, by sprawdzić, jak miewa się wysyp w trochę wyższych partiach. Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania - przebiliśmy zeszłotygodniowy wynik dwukrotnie, spędzając na szlaku dokładnie trzy i pół godziny.

​Nasza trasa wiodła z Lubawki w stronę Krzyżówki BHP. Dokładne namiary zamieszczamy na mapce poniżej. Najciekawsze w tej wyprawie było to, że wszystkie grzyby zebraliśmy praktycznie z samej drogi, niemal bez wchodzenia głębiej w las. Okazuje się, że gdy w górach ruszy prawdziwy wysyp, wystarczy po prostu uważnie patrzeć pod nogi podczas zwykłego marszu szlakiem.


​Równe dziesięć kilogramów zdrowiutkich grzybów sprawiło, że wiklinowy kosz był wypełniony po sam brzeg, a jego ciężar przyjemnie ciągnął w dół w drodze powrotnej. Zbiór okazał się wyjątkowo urozmaicony i bogaty. Absolutnymi gwiazdami wyprawy były przepiękne prawdziwki o twardych kapeluszach i grubych trzonach, z których jeden dorodny okaz pozował nam do zdjęcia wprost w leśnym igliwiu. Obok nich obficie dopisały maślaki oraz klasyczne podgrzybki, a dopełnieniem całości były borowiki ceglastopore - jak zawsze twarde, konkretne i czyste.


​Góry Krucze po raz kolejny udowodniły, że mają w sobie niezwykły klimat i potrafią hojnie obdarować bez konieczności przedzierania się przez gęstwiny. Grzybnie prócz dojrzałych okazów, wypuszczają jeszcze młode osobniki, które zostawialiśmy w lesie, więc warto się tam wybrać w najbliższych dniach.

wtorek, 8 września 2026

Zaćmienia

Dla dawnych społeczności słowiańskich światło miało wymiar absolutnie fundamentalny. Słońce nie było po prostu tarczą na niebie, lecz żywym dawcą życia, ciepła i urodzaju, którego potęgę ucieleśniały bóstwa takie jak Swarożyc. Tym większego strachu musiał narobić moment, w którym ten porządek nagle pękał, a w środku jasnego dnia tarcza słoneczna zaczynała znikać, pogrążając świat w nienaturalnym, ołowianym półmroku. Mieszkańcy dawnych osad i puszcz nie szukali wówczas wyjaśnień w podręcznikach astronomii, lecz wierzyli, że gwałtowny zanik światła oznacza naruszenie kosmicznej równowagi i gniew potężnych sił.


​W słowiańskim folklorze zjawiska nadzwyczajne rzadko były dziełem przypadku, a zaćmienia wiązano z obecnością demonów oraz istot z innego świata próbujących zagrabić to, co należało do ludzi. Wyobraźnia ludowa przypisywała potężnym, mitycznym gadom, takim jak żmije chmurne, zdolność zasłaniania lub wręcz pożerania ciał niebieskich. Wierzono również, że za nagłym zniknięciem słońca stoją mroczne siły dążące do zniszczenia ziemskiego ładu, co czyniło z nadciągającej ciemności bezpośredni zwiastun głodu, chorób oraz wielkich nieszczęść.

​W obliczu tak potężnego zagrożenia społeczności nie pozostawały bierne, ponieważ zgodnie z dawnym myśleniem magicznym hałas i gwałtowny ruch miały moc odstraszania złych mocy. Gdy niebo szarzało, wokół chat zaczynał się ruch, a ludzie uderzali w miedziane garnki, dzwonili narzędziami rolniczymi, krzyczeli i strzelali z łuków w kierunku nieba. Działania te miały na celu przepędzenie niewidzialnego napastnika i zmuszenie go do oddania słońca, gdyż wierzono, że bierność oznacza zgodę na wieczną noc.

​Dzisiaj, patrząc na zaćmienia z perspektywy wiedzy naukowej, dostrzegamy w nich jedynie precyzyjny układ ciał niebieskich. Jednak kiedy stajemy na skraju lasu i obserwujemy, jak cichną ptaki oraz gwałtownie spada temperatura, nietrudno poczuć ten sam pierwotny dreszcz, który dowodzi, że wobec potęgi kosmosu wszyscy pozostajemy tak samo mali.

sobota, 5 września 2026

Raport grzybowy - z Krainy Wygasłych Wulkanów

Witajcie, miłośnicy leśnych skarbów!

​Dzisiejszy wpis dedykujemy wszystkim tym, którzy kochają zapach ściółki, szum sosen i tę nieopisaną radość, gdy spod mchu wyłania się brązowy kapelusz. Za nami niesamowicie owocny, choć krótki wypad do lasu. Musimy się Wam pochwalić - to był absolutny rekord wydajności!

Wyruszyliśmy rano, pełni nadziei, ale nie spodziewaliśmy się tak spektakularnych efektów, w tak krótkim czasie. Spędziliśmy w lesie zaledwie dwie godziny, a nasze koszyki błyskawicznie się zapełniły.

​Wynik? Równe 5 kilogramów zdrowych grzybów.

​To dowód na to, że natura potrafi być niezwykle hojna, jeśli trafi się w odpowiednie miejsce i czas.

Nasza trasa wiodła przez urokliwy, mieszany las. Dominowały wysokie sosny i świerki, ale nie brakowało też drzew liściastych. Teren był miejscami omszały, z dużą ilością paproci i jagodzisk. Przeplataliśmy gęste zarośla z bardziej otwartymi, słonecznymi polanami.

​Poniżej możecie zobaczyć fragment lasu, który przemierzaliśmy, oraz zapis naszej trasy. Jak widzicie, nie musieliśmy pokonywać gigantycznych dystansów - grzyby czekały na nas niemal na każdym kroku!


Nasze zbiory to prawdziwa klasyka polskiego grzybobrania, w której dominowały trzy główne gatunki. Królami ilości okazały się maślaki - to one w głównej mierze zbudowały naszą pięciokilogramową masę, rosnąc całymi rodzinami w mchu oraz trawie i błyszcząc w słońcu charakterystycznymi, śliskimi kapeluszami. Tuż obok nich meldowały się szlachetne prawdziwki, które choć mniej liczne, zachwycały grubymi trzonami, zdrowym miąższem i zapachem nie do podrobienia. Dopełnieniem całości i miłym zwieńczeniem dwugodzinnego spaceru były dwa borowiki ceglastopore - twarde, konkretne sztuki o ciemnych kapeluszach i czerwonawych trzonach, które zawsze wyjątkowo cieszą oko w lesie.





Jak widzicie, na zdjęciach są młode owocniki.  Dlatego jeśli zastanawiacie się, gdzie pojechać na grzyby, to na tym terenie, w najbliższych dniach, będzie ich jeszcze całkiem sporo - zwłaszcza, że część mikroskopijnych osobników dopiero zaczyna wychodzić z ziemi.

​Do zobaczenia na leśnych ścieżkach!

wtorek, 1 września 2026

Miasto 'widmo' nad Odrą

Jest takie miejsce, dla którego czas się skończył. Pozostało ono w przeszłości... Stary Kostrzyń nad Odrą, dawniej potężna twierdza i miasto graniczne, po ciężkich walkach na przełomie lutego i marca 1945 roku uległ niemal całkowitemu zniszczeniu, obracając się w gruzy w 95-ciu procentach. W przeciwieństwie do nowszej części położonej po wschodniej stronie, historyczne Stare Miasto w obrębie fortyfikacji po zakończeniu wojny nie zostało odbudowane, co sprawiło, że obszar ten przekształcił się w unikalne miasto widmo, nazywane czasem europejskimi Pompejami. Zajmujący powierzchnię kilkudziesięciu hektarów teren dawnej starówki, odpowiada wielkością około pięćdziesięciu boiskom piłkarskim, co pozwala w pełni objąć wyobraźnią skalę tej zniszczonej przestrzeni. Obecnie dawne trakty i ulice, takie jak ulica Kominiarska, przebiegają przez zarośnięte dziką roślinnością ruiny, fundamenty dawnych budynków oraz zasypane piwnice, tworząc niezwykły, melancholijny krajobraz, w którym czas zatrzymał się w momencie powojennej zagłady. 








Dla fanów historii tej nieodległej to "must have". Stare Miasto w Kostrzynie nad Odrą to nie tylko zgliszcza i dzika przyroda porastająca dawne ulice.

​Pod powierzchnią ziemi rozciąga się skomplikowana sieć podziemnych korytarzy, kazamat, nienaruszonych piwnic i schronów dawnej pruskiej twierdzy, które przez dekady były odcięte od świata. Wiele z tych zakamarków wciąż nie została do końca zbadana, a nieodkryte do końca fragmenty fortyfikacji, ukryte pod zwałami gruzu i ziemi artefakty czy relikty dawnej tkanki miejskiej pobudzają wyobraźnię poszukiwaczy przygód. To teren, gdzie historia dosłownie leży pod stopami, a każdy krok po dawnych traktach może odsłonić coś, co przetrwało pożogę 1945 roku.

piątek, 28 sierpnia 2026

W ogrodzie 13 - Glicynia

Glicynia, czyli wisteria, to potężne pnącze o niezwykle silnym wzroście, które potrafi doskonale zarządzać przestrzenią na ścianie budynku. Sezon na tę roślinę zaczyna się w maju, kiedy to jej pędy pokrywają się gęstymi, fioletowymi kwiatostanami przypominającymi wiszące kaskady. W tym okresie roślina prezentuje się najbardziej widowiskowo i przyciąga wzrok intensywną barwą oraz zapachem.


​Gdy majowy okres kwitnienia mija, oblicze rośliny zmienia się wraz z nadejściem lata. Zamiast kwiatów na pędach pojawiają się duże, zamszowe i podłużne strąki nasienne, które zwisają spomiędzy liści. Strąki te stanowią naturalny element cyklu rozwojowego rośliny i skrywają w sobie nasiona. Warto pamiętać, że nasiona oraz inne części glicynii są trujące, dlatego pełnią one wyłącznie funkcję ozdobną.



​Koniec sierpnia to idealny moment na przeprowadzenie letniego cięcia, które jest kluczowe dla dobrej kondycji rośliny. W tym okresie skraca się tegoroczne, długie przyrosty boczne, pozostawiając na nich około 4-6 oczek. Ten zabieg hamuje nadmierny wzrost zielonej masy i pomaga roślinie zawiązać pąki kwiatowe na kolejny sezon.

​Utrzymanie glicynii w ryzach na elewacji wymaga zresztą regularnego i zdecydowanego cięcia przez cały rok. Bez systematycznej konturacji pędy rośliny potrafią przerosnąć konstrukcje i zdominować fasadę. Pnącze to wymaga uwagi i cierpliwości w pielęgnacji, jednak majowy efekt kwitnienia w pełni rekompensuje włożony w jej prowadzenie wysiłek.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Obra packraft'em

Obra to nie rzeka dla rodzin z dziećmi. To nie rzeka dla niedzielnych turystów i miłośników lansowania się w social mediach z czystym wiosłem. Ta woda płynie leniwym korytem, ale meandruje tak gęsto, że zanim zdąży się wyprostować dziób, znowu trzeba składać się do zakrętu. Do tego dochodzą setki powalonych drzew - potężne zwałki, które sprawiają, że odcinek od Międzyrzecza do "mostu Bieruta" przed Zalewem Bledzewskim staje się poligonem, a nie sielankowym spływem.




​Wybraliśmy packrafty nie bez powodu. Są krótkie, bezwzględnie manewrowe, mają minimalne zanurzenie i pozwalają bez problemu wrzucić na pokład cały szpej z dwuosobowym namiotem i zapasami na kilka dni samowystarczalności.



​Większość organizowanych tu komercyjnych spływów opiera się na ciężkich, plastikowych dwójkach. Fajne na szerokie jezioro, ale tutaj? Długi kajak na Obrze to gwarancja walki z materią, obijania burt i wysiadania do wody w najmniej dogodnych momentach. Brak manewrowności w zwałkowym labiryncie szybko weryfikuje turystyczne zapędy.

​Wystartowaliśmy przy kładce obok miejskiego stadionu w Międzyrzeczu. Rzeka początkowo prowadzi leniwie przez miasto, dając złudne poczucie bezpieczeństwa w towarzystwie dzikich kaczek i zadrzewionych skwerów. Miasto jednak szybko zostaje w tyle. Kiedy cywilizacja milknie, zaczyna się prawdziwa gra z nurtem, w której packraft udowadnia swoją wyższość nad każdym innym pływadełkiem.

​Obra to rzeka kameleon. Czasem koryto zwęża się do gardła, zmuszając do przeciskania się między zwalonymi pniami, by za chwilę rozlać się w szeroką, senną toń. Woda potrafi być krystalicznie czysta, odsłaniając dno, ale równie szybko zmienia się w zamuloną, ciemną masę, która niesie ze sobą charakterystyczny zapach rozkładających się roślin. Tę zmienność czuje się również w nurcie - od leniwych, niemal stojących odcinków, gdzie każdy metr trzeba wypracować wiosłem, po nagłe, żywsze fragmenty, które wymagają pełnego skupienia.



​Najbardziej jednak uderza dzikość tej trasy. Całymi kilometrami brzegi są porośnięte tak gęstą, nieprzebytą ścianą roślinności, że wyjście z rzeki na brzeg staje się fizyczną niemożliwością. Dodajmy do tego fakt, że na większości tego szlaku nie ma żadnego zasięgu - ani telefonii, ani internetu. Zostaje się sam na sam z rzeką, dlatego poleganie na online'owych mapach w telefonie to bilet w jedną stronę do kłopotów. Dobra mapa offline w urządzeniu albo sprawdzony, papierowy klasyk to tutaj absolutny ekwipunek obowiązkowy, a nie zbędny balast.




​To nie jest łatwa trasa. Ale dla packraftera szukającego wyzwań, surowego piękna i prawdziwego kontaktu z naturą, odcinek Obry od Międzyrzecza to absolutny klasyk. Wymagający, nieprzewidywalny, a przez to niesamowicie satysfakcjonujący.

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Radkowski trawers Szczelińca

 

Szczeliniec Wielki kojarzy się dziś głównie z asfaltowym parkingiem w Karłowie, ciągiem kramów z dyktą i głośnym peletonem wlewającym się na schody po kolejny punkt na mapie. Alternatywą bywa Pasterka - cichsza, ale również powoli tracąca swój dawny, odosobniony ciężar.

​Wystarczy jednak cofnąć się na dół, do Radkowa, i podejść do sprawy od samej podstawy.

​Wybór szlaku ze stóp progu płytowego od strony Radkowa to najdłuższy, najbardziej mozolny, ale też najbardziej uczciwy wariant wejścia. Nie ma tu drogi na skróty. Żeby dotrzeć do cielska piaskowca, trzeba najpierw wydeptać swoje w głębokim cieniu dławiącego świerka i buka, poczuć w łydkach kamieniste podejścia i oddechy mrocznego lasu, gdzie mikroklimat drastycznie zmienia się z każdym krokiem w górę.

​Gdzieś po drodze wyrastają z ziemi potężne, ciosane z piaskowca filary. To pozostałości po dawnej leśniczówce w Radkowskim Dole. Brak dachu i ścian sprawia, że las powoli i konsekwentnie przetrawia ten cmentarz z kamienia, zostawiając jedynie szkielet. Tego typu miejsca przypominają, że szlak ten miał kiedyś swój zupełnie inny, wiejski rytm.



​Skały nie wyrastają tu nagle jako komercyjna atrakcja - narastają stopniowo z poziomu runa. Najpierw mija się pojedyncze, obrosłe grubym kożuchem mchu głazy, porzucone w wilgotnym poszyciu jak usypisko dawnych wieków. Potem pnie zaczynają ustępować miejsca potężnym, szarym monolitom, które osaczają ścieżkę i wymuszają zmianę rytmu marszu. Wrzosy na progach, chłód ciągnący ze szczelin i wąskie deskowane kładki rzucone nad wilgotnym podłożem tworzą przestrzeń, w której da się poczuć prawdziwą fakturę Gór Stołowych.




​Samo podejście wymaga oddechu i cierpliwości, ale daje coś nieuchwytnego: samotność na szlaku przez pierwsze dwie godziny marszu i świadomość, że na końcowy widok naprawdę się zapracowało.

​Powrót najlepiej domknąć przez Wodospady Pośny. Zamiast spiesznego zejścia tą samą drogą, schodzi się wzdłuż chłodnego koryta potoku, gdzie woda rzeźbi piaskowiec po swojemu. 




Szlak sprowadza wprost nad Zalew Radkowski. Po kilku godzinach czystego, górskiego podejścia i zbiegania po korzeniach, najlepszym finałem okazuje się zrzucenie butów i moczenie nóg w chłodnej wodzie z widokiem na próg, który przed chwilą znajdował się pod stopami.