Obra to nie rzeka dla rodzin z dziećmi. To nie rzeka dla niedzielnych turystów i miłośników lansowania się w social mediach z czystym wiosłem. Ta woda płynie leniwym korytem, ale meandruje tak gęsto, że zanim zdąży się wyprostować dziób, znowu trzeba składać się do zakrętu. Do tego dochodzą setki powalonych drzew - potężne zwałki, które sprawiają, że odcinek od Międzyrzecza do "mostu Bieruta" przed Zalewem Bledzewskim staje się poligonem, a nie sielankowym spływem.
Wybraliśmy packrafty nie bez powodu. Są krótkie, bezwzględnie manewrowe, mają minimalne zanurzenie i pozwalają bez problemu wrzucić na pokład cały szpej z dwuosobowym namiotem i zapasami na kilka dni samowystarczalności.
Większość organizowanych tu komercyjnych spływów opiera się na ciężkich, plastikowych dwójkach. Fajne na szerokie jezioro, ale tutaj? Długi kajak na Obrze to gwarancja walki z materią, obijania burt i wysiadania do wody w najmniej dogodnych momentach. Brak manewrowności w zwałkowym labiryncie szybko weryfikuje turystyczne zapędy.
Wystartowaliśmy przy kładce obok miejskiego stadionu w Międzyrzeczu. Rzeka początkowo prowadzi leniwie przez miasto, dając złudne poczucie bezpieczeństwa w towarzystwie dzikich kaczek i zadrzewionych skwerów. Miasto jednak szybko zostaje w tyle. Kiedy cywilizacja milknie, zaczyna się prawdziwa gra z nurtem, w której packraft udowadnia swoją wyższość nad każdym innym pływadełkiem.
Obra to rzeka kameleon. Czasem koryto zwęża się do gardła, zmuszając do przeciskania się między zwalonymi pniami, by za chwilę rozlać się w szeroką, senną toń. Woda potrafi być krystalicznie czysta, odsłaniając dno, ale równie szybko zmienia się w zamuloną, ciemną masę, która niesie ze sobą charakterystyczny zapach rozkładających się roślin. Tę zmienność czuje się również w nurcie - od leniwych, niemal stojących odcinków, gdzie każdy metr trzeba wypracować wiosłem, po nagłe, żywsze fragmenty, które wymagają pełnego skupienia.
Najbardziej jednak uderza dzikość tej trasy. Całymi kilometrami brzegi są porośnięte tak gęstą, nieprzebytą ścianą roślinności, że wyjście z rzeki na brzeg staje się fizyczną niemożliwością. Dodajmy do tego fakt, że na większości tego szlaku nie ma żadnego zasięgu - ani telefonii, ani internetu. Zostaje się sam na sam z rzeką, dlatego poleganie na online'owych mapach w telefonie to bilet w jedną stronę do kłopotów. Dobra mapa offline w urządzeniu albo sprawdzony, papierowy klasyk to tutaj absolutny ekwipunek obowiązkowy, a nie zbędny balast.
To nie jest łatwa trasa. Ale dla packraftera szukającego wyzwań, surowego piękna i prawdziwego kontaktu z naturą, odcinek Obry od Międzyrzecza to absolutny klasyk. Wymagający, nieprzewidywalny, a przez to niesamowicie satysfakcjonujący.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz