Nikt nie przechodził tędy chętnie. Mokradła wyglądały zwyczajnie - trawy, kępy sitowia, woda płytka, choć mętna. Ale każdy wiedział, że to miejsce nie ma dna.
Mówiono, że kiedyś próbował tu przejść wędrowiec z miasta. Chciał skrócić sobie drogę, ominąć obwód doliny. Zrobiono potem tylko jeden krok w poszukiwaniach - znaleziono jego laskę wbitą w ziemię tuż przy krawędzi. Dalej już nic. Ani ciała, ani śladu. Jakby mokradła połknęły go w całości i nie oddały nawet buta.
Starsi powtarzali, że woda tu nie odbija nieba. Możesz patrzeć w taflę godzinami, a zobaczysz tylko zniekształcone zarysy drzew, nigdy chmur ani księżyca. Jakby mokradła były osobnym światem, pamiętającym tylko to, co w Dolinie wydarzyło się kiedyś.
Były noce, gdy znad wody unosiła się mgła, gęsta, ciężka, nie dająca się rozgonić. Wtedy nikt nie podchodził bliżej. Bo kto raz we mgle usłyszał kroki, ten wiedział, że nie idzie sam. A kiedy odwracał się - widział tylko własne ślady, prowadzące w stronę, z której przyszedł.
Niektórzy twierdzili, że w mokradłach widywali istoty. Spaleńców, których ciała parowały jeszcze od wewnętrznego ognia. Topielców, z oczyma pustymi jak woda w kałuży. I Wodnice - mroczne zjawy, które wychodziły na brzeg i wciągały chłopów do wody, by zakończyć ich żywot. Nikt, kto próbował przejść przez mokradła, nie wrócił. Mokradła trwały w tym samym miejscu, odkąd pamiętano. A jednak każdy miał wrażenie, że ścieżki się zmieniają, że zarośla rosną inaczej, że drzewo, które wczoraj było proste, dziś ma wygięty pień. Nie było to złudzenie - po prostu czas w mokradłach płynął własnym rytmem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz