wtorek, 14 lipca 2026

Zapomniana stacja kolejowa

Uważni nasi czytelnicy, zapewne zauważyli, że relacjonując własne wyprawy, nie kładziemy nacisku na obiekty zabytkowe. Nie robimy tego, gdyż często sprowadzałoby się to do opisywania historii napotykanych zamków/dworów/folwarków, a jeszcze częściej (jak to ma miejsce w większości przypadków) religijnych obiektów (świątyń/klasztorów/kapliczek). Dzisiaj internet pełen jest informacji na temat niemal każdej starej budowli i sami, także czerpiemy z niego wiedzę. Dlatego nie w głowie nam kopiować, czy powielać powszechnie dostępnych informacji.

Są jednak takie miejsca, które na pierwszy rzut oka, nie robią specjalnego wrażenia i zdecydowanie nie są popularne, a pobudzają wyobraźnię i każą się zastanowić nad przeszłością.
Takim miejscem według nas, jest stara, nieczynna już i zaniedbana stacja kolejowa we wsi Roztoka, w Gminie Dobromierz na Dolnym Śląsku.


Stara stacja kolejowa w Roztoce ma bogatą historię, ściśle związaną z rozwojem kolei na Dolnym Śląsku.

Oto kluczowe daty i fakty dotyczące jej historii:

- 1889 rok: Budowa linii kolejowej Strzegom - Bolków i pierwsze połączenie kolejowe.
- 1 grudnia 1890 roku: Oficjalne otwarcie stacji kolejowej i dworca w Roztoce.
- 1999 rok: Zamknięcie stacji dla ruchu pasażerskiego.


Dawny dworzec w Roztoce był świadkiem rozwoju lokalnej infrastruktury kolejowej i nie tylko.

Stacja w Roztoce przez lata stanowiła pulsujące serce lokalnej społeczności, będąc kluczowym węzłem, od którego w dużej mierze zależało codzienne funkcjonowanie całego mikroregionu. To właśnie przez ten punkt przewijało się życie mieszkańców, a sprawność połączeń kolejowych bezpośrednio przekładała się na rozwój gospodarczy i swobodę komunikacji w najbliższej okolicy. Jako istotne ogniwo transportowe, stacja skutecznie spajała lokalne potrzeby z szerszym światem, wyznaczając rytm codzienności dla pokoleń osób korzystających z ruchu pasażerskiego i towarowego. To właśnie kolej pozwoliła Roztoce być samowystarczalnym ośrodkiem życia społecznego.
Połączenia z Bolkowem, Strzegomiem i Jaworem zapewniały ciągłość dostaw, a mieszkańcom dostęp do większych ośrodków miejskich i pracy.

Po oficjalnym zamknięciu stacji, infrastruktura kolejowa została częściowo zdemontowana, a pozostawione perony i przejścia podziemne, zniszczone zostały upływem czasu i ingerencją samej natury.

Budynek dawnego dworca kolejowego, znajdujący się przy ulicy Kolejowej 1A, został przekształcony w dom mieszkalny. I choć na przestrzeni lat, jego stan ulegał pogorszeniu, to do dzisiaj pełni tę samą funkcję.



piątek, 10 lipca 2026

W objęciach nurtu i leśnej ciszy

Spływ Kwisą to nie jest zwykłe wiosłowanie po tafli jeziora. To przygoda dla tych, którzy szukają kontaktu z surową, nieokiełznaną naturą. Jak widać na poniższych zdjęciach, rzeka potrafi być łagodna, prowadząc kajak szerokim nurtem pośród soczystej zieleni, gdzie jedynym dźwiękiem jest rytmiczne uderzenie wiosła o wodę.

Kwisa to rzeka "charakterna". Jej brzegami często wędrują drzewa, które pochylają się nisko nad wodą, tworząc naturalne tunele i przeszkody, które zmuszają do czujności. To miejsce, gdzie rzeka żyje własnym tempem - raz przyspiesza na bystrzach, by za chwilę zwolnić w głębszych, cichszych zakolach, gdzie woda wydaje się niemal nieruchoma.

​Dla kogo jest ta rzeka?

  • Dla poszukiwaczy spokoju: Jeśli chcesz na kilka godzin wyłączyć się z cywilizacyjnego zgiełku i poczuć rytm lasu, Kwisa jest idealna.
  • Dla tych, którzy lubią lekkie wyzwania: To rzeka wymagająca podstawowej techniki. Zwalone drzewa, meandry i zmienny nurt sprawiają, że trzeba być uważnym i stale współpracować z nurtem, a nie tylko dryfować.
  • Dla średniozaawansowanych i początkujących z opieką: Choć rzeka nie jest skrajnie trudna, wymaga umiejętności manewrowania. To świetny wybór dla osób, które czują się już pewnie w kajaku i chcą czegoś więcej niż tylko rekreacyjnego pływania po stawie.



Kwisa uczy pokory i uważności. Każdy kilometr, to inna historia zapisana w nurcie rzeki i szumie nadbrzeżnych zarośli. Jeśli szukasz rzeki, która nie jest „drogą asfaltową” wśród wód, ale żywym, zmiennym organizmem - wybierz się na Kwisę.

wtorek, 7 lipca 2026

Czerwone złoto w słoju

Nie szukamy dróg na skróty. Kiedy zrywamy porzeczki z naszego ogrodu, chcemy zamknąć w słoju ich czystą, surową esencję, a nie gotowany kompot. Bez pasteryzacji, bez chemii, tylko natura, cukier i czas.

​Jak to robimy?

​Całość sprowadza się do osmozy - cukier robi tu całą robotę.

  • Przygotowanie: 3 litry świeżo zebranych owoców szypułkujemy własnoręcznie; to 45 minut medytacyjnej pracy, która pozwala nam się wyciszyć.
  • Zasypywanie: Sypiemy cukier „na oko”, aż wypełni przestrzenie między owocami pod samo wieko słoja.
  • Shaking: Zamiast biernego czekania, stosujemy aktywne potrząsanie słojem. Raz na dobę lub dwie, zależnie od tego, co podpowiada nam obserwacja.
  • Klucz do sukcesu: Utrzymujemy odpowiednio wysokie stężenie cukru, które działa jako naturalny konserwant, nie dopuszczając do fermentacji.

​Dlaczego warto?

​To nie jest zwykły dodatek. To nasza apteczka i orzeźwienie w jednym.

  • Naturalna bomba: Czerwona porzeczka to nie tylko kwasowość - to solidna dawka witaminy C, żelaza i antyoksydantów, które w wersji surowej zachowują pełnię swojej mocy.
  • Zastosowanie: Gęsty, rubinowy syrop idealnie „gra” z wodą gazowaną w upalne dni, dodaje charakteru zimowej herbacie i ratuje niejeden deser, gdy potrzebujemy przełamać słodycz czymś cierpkim.
  • Satysfakcja: To praca, która uczy cierpliwości i pozwala nam utrzymać pion. Zamykanie lata w butelce, kiedy za oknem szaleje zima, to czysty konkret.

Więcej naszych wpisów, o tym i podobnych sposobach obróbki owoców, znajdziecie pod poniższym linkiem:

sobota, 4 lipca 2026

Ratujemy stary dworzec kolejowy

Dołączamy do akcji Towarzystwo Miłośników Ziemi Strzegomskiej i namawiamy do poparcia petycji. To nic nie kosztuje - wystarczy naskrobać mejla pod adres: tmzs@int.pl z hasłem: Popieram.

Ratujmy dworzec kolejowy w Strzegomiu (dolnośląskie).
Pełna treść Petycji na stronie Towarzystwa:

środa, 13 maja 2026

W upalnym uścisku

Alert RCB o zagrożeniu pożarowym to nie są teoretyczne rozważania. Wystarczy wejść między drzewa, by poczuć, że to nie jest zwykła letnia spiekota. To walka o przetrwanie, której na pierwszy rzut oka nie widać, bo sosny wciąż stoją niewzruszone, jakby nic się nie działo.

​Ale wystarczy spojrzeć niżej. To tam las dostaje najmocniej. Mchy, jagodziska i wrzosy kruszą się pod stopami. Kałuże na duktach i okoliczne rowy to już tylko wspomnienie, spękane zagłębienia w ziemi. „Mała retencja” w takich dniach nabiera zupełnie innego, brutalnego formatu - staje się pustym hasłem, bo aktualnie nie ma czego zatrzymywać.

​W tym wszystkim ona. Czapla. Spotkana w samym środku tego wysuszonego królestwa, dobre dwa lub trzy kilometry od najbliższej wody. Stała nieruchomo między pniami, jakby szukała ratunku w cieniu, którego na jej wyschniętych bagnach już nie ma. To tylko przypuszczenia, ale widok ptaka wodnego szukającego schronienia w głębi lasu mówi o skali suszy więcej niż jakikolwiek wykres.


​Las stoi. Ale pod jego koroną życie kurczy się i pęka w ciszy. Miejcie z tyłu głowy te alerty. Wystarczy chwila nieuwagi, porzucone szkło czy niedopałek, by ten kruchy spokój zamienił się w piekło. W obliczu takiej suszy każda iskra to potencjalna tragedia. Naprawdę niewiele trzeba, by stracić to, co jeszcze próbuje przetrwać.