wtorek, 25 sierpnia 2026

Obra packraft'em

Obra to nie rzeka dla rodzin z dziećmi. To nie rzeka dla niedzielnych turystów i miłośników lansowania się w social mediach z czystym wiosłem. Ta woda płynie leniwym korytem, ale meandruje tak gęsto, że zanim zdąży się wyprostować dziób, znowu trzeba składać się do zakrętu. Do tego dochodzą setki powalonych drzew - potężne zwałki, które sprawiają, że odcinek od Międzyrzecza do "mostu Bieruta" przed Zalewem Bledzewskim staje się poligonem, a nie sielankowym spływem.




​Wybraliśmy packrafty nie bez powodu. Są krótkie, bezwzględnie manewrowe, mają minimalne zanurzenie i pozwalają bez problemu wrzucić na pokład cały szpej z dwuosobowym namiotem i zapasami na kilka dni samowystarczalności.



​Większość organizowanych tu komercyjnych spływów opiera się na ciężkich, plastikowych dwójkach. Fajne na szerokie jezioro, ale tutaj? Długi kajak na Obrze to gwarancja walki z materią, obijania burt i wysiadania do wody w najmniej dogodnych momentach. Brak manewrowności w zwałkowym labiryncie szybko weryfikuje turystyczne zapędy.

​Wystartowaliśmy przy kładce obok miejskiego stadionu w Międzyrzeczu. Rzeka początkowo prowadzi leniwie przez miasto, dając złudne poczucie bezpieczeństwa w towarzystwie dzikich kaczek i zadrzewionych skwerów. Miasto jednak szybko zostaje w tyle. Kiedy cywilizacja milknie, zaczyna się prawdziwa gra z nurtem, w której packraft udowadnia swoją wyższość nad każdym innym pływadełkiem.

​Obra to rzeka kameleon. Czasem koryto zwęża się do gardła, zmuszając do przeciskania się między zwalonymi pniami, by za chwilę rozlać się w szeroką, senną toń. Woda potrafi być krystalicznie czysta, odsłaniając dno, ale równie szybko zmienia się w zamuloną, ciemną masę, która niesie ze sobą charakterystyczny zapach rozkładających się roślin. Tę zmienność czuje się również w nurcie - od leniwych, niemal stojących odcinków, gdzie każdy metr trzeba wypracować wiosłem, po nagłe, żywsze fragmenty, które wymagają pełnego skupienia.



​Najbardziej jednak uderza dzikość tej trasy. Całymi kilometrami brzegi są porośnięte tak gęstą, nieprzebytą ścianą roślinności, że wyjście z rzeki na brzeg staje się fizyczną niemożliwością. Dodajmy do tego fakt, że na większości tego szlaku nie ma żadnego zasięgu - ani telefonii, ani internetu. Zostaje się sam na sam z rzeką, dlatego poleganie na online'owych mapach w telefonie to bilet w jedną stronę do kłopotów. Dobra mapa offline w urządzeniu albo sprawdzony, papierowy klasyk to tutaj absolutny ekwipunek obowiązkowy, a nie zbędny balast.




​To nie jest łatwa trasa. Ale dla packraftera szukającego wyzwań, surowego piękna i prawdziwego kontaktu z naturą, odcinek Obry od Międzyrzecza to absolutny klasyk. Wymagający, nieprzewidywalny, a przez to niesamowicie satysfakcjonujący.

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Radkowski trawers Szczelińca

 

Szczeliniec Wielki kojarzy się dziś głównie z asfaltowym parkingiem w Karłowie, ciągiem kramów z dyktą i głośnym peletonem wlewającym się na schody po kolejny punkt na mapie. Alternatywą bywa Pasterka - cichsza, ale również powoli tracąca swój dawny, odosobniony ciężar.

​Wystarczy jednak cofnąć się na dół, do Radkowa, i podejść do sprawy od samej podstawy.

​Wybór szlaku ze stóp progu płytowego od strony Radkowa to najdłuższy, najbardziej mozolny, ale też najbardziej uczciwy wariant wejścia. Nie ma tu drogi na skróty. Żeby dotrzeć do cielska piaskowca, trzeba najpierw wydeptać swoje w głębokim cieniu dławiącego świerka i buka, poczuć w łydkach kamieniste podejścia i oddechy mrocznego lasu, gdzie mikroklimat drastycznie zmienia się z każdym krokiem w górę.

​Gdzieś po drodze wyrastają z ziemi potężne, ciosane z piaskowca filary. To pozostałości po dawnej leśniczówce w Radkowskim Dole. Brak dachu i ścian sprawia, że las powoli i konsekwentnie przetrawia ten cmentarz z kamienia, zostawiając jedynie szkielet. Tego typu miejsca przypominają, że szlak ten miał kiedyś swój zupełnie inny, wiejski rytm.



​Skały nie wyrastają tu nagle jako komercyjna atrakcja - narastają stopniowo z poziomu runa. Najpierw mija się pojedyncze, obrosłe grubym kożuchem mchu głazy, porzucone w wilgotnym poszyciu jak usypisko dawnych wieków. Potem pnie zaczynają ustępować miejsca potężnym, szarym monolitom, które osaczają ścieżkę i wymuszają zmianę rytmu marszu. Wrzosy na progach, chłód ciągnący ze szczelin i wąskie deskowane kładki rzucone nad wilgotnym podłożem tworzą przestrzeń, w której da się poczuć prawdziwą fakturę Gór Stołowych.




​Samo podejście wymaga oddechu i cierpliwości, ale daje coś nieuchwytnego: samotność na szlaku przez pierwsze dwie godziny marszu i świadomość, że na końcowy widok naprawdę się zapracowało.

​Powrót najlepiej domknąć przez Wodospady Pośny. Zamiast spiesznego zejścia tą samą drogą, schodzi się wzdłuż chłodnego koryta potoku, gdzie woda rzeźbi piaskowiec po swojemu. 




Szlak sprowadza wprost nad Zalew Radkowski. Po kilku godzinach czystego, górskiego podejścia i zbiegania po korzeniach, najlepszym finałem okazuje się zrzucenie butów i moczenie nóg w chłodnej wodzie z widokiem na próg, który przed chwilą znajdował się pod stopami.




środa, 12 sierpnia 2026

Bez koralowy - zwiastun pełni lata

Bez koralowy (Sambucus racemosa) to jeden z najbardziej charakterystycznych krzewów leśnych. Już w środku lata jego gałęzie zdobią gęste grona intensywnie czerwonych owoców, które przyciągają wzrok z daleka. Rośnie najczęściej na skrajach lasów, w zaroślach i wilgotniejszych miejscach.

Choć owoce wyglądają apetycznie, nie powinno się ich jeść na surowo. Zawierają związki, które mogą wywołać dolegliwości żołądkowo-jelitowe. Po odpowiedniej obróbce termicznej były jednak dawniej wykorzystywane do wyrobu soków, galaretek, dżemów czy nalewek.

W medycynie ludowej stosowano przede wszystkim kwiaty i korę. Napary z kwiatów wykorzystywano jako środek napotny przy przeziębieniach, a korze przypisywano działanie przeczyszczające i moczopędne. Dziś bez koralowy ma niewielkie znaczenie zielarskie i znacznie częściej wykorzystuje się bez czarny (Sambucus nigra), którego właściwości są lepiej poznane i potwierdzone.



Bez koralowy już obwiesił się czerwonymi owocami. Dla człowieka surowe są niewskazane, ale dla wielu ptaków stanowią cenne źródło pokarmu, gdy nadejdzie czas ich pełnej dojrzałości.

piątek, 7 sierpnia 2026

NoS Spin-off - Mokradła przed Zagajnikiem

🌿 Nocne opowieści Szeptuchy - Spin-off 🌿
Epizod 2: Mokradła przed Zagajnikiem



Nikt nie przechodził tędy chętnie. Mokradła wyglądały zwyczajnie - trawy, kępy sitowia, woda płytka, choć mętna. Ale każdy wiedział, że to miejsce nie ma dna.

Mówiono, że kiedyś próbował tu przejść wędrowiec z miasta. Chciał skrócić sobie drogę, ominąć obwód doliny. Zrobiono potem tylko jeden krok w poszukiwaniach - znaleziono jego laskę wbitą w ziemię tuż przy krawędzi. Dalej już nic. Ani ciała, ani śladu. Jakby mokradła połknęły go w całości i nie oddały nawet buta.

Starsi powtarzali, że woda tu nie odbija nieba. Możesz patrzeć w taflę godzinami, a zobaczysz tylko zniekształcone zarysy drzew, nigdy chmur ani księżyca. Jakby mokradła były osobnym światem, pamiętającym tylko to, co w Dolinie wydarzyło się kiedyś.

Były noce, gdy znad wody unosiła się mgła, gęsta, ciężka, nie dająca się rozgonić. Wtedy nikt nie podchodził bliżej. Bo kto raz we mgle usłyszał kroki, ten wiedział, że nie idzie sam. A kiedy odwracał się - widział tylko własne ślady, prowadzące w stronę, z której przyszedł.

Niektórzy twierdzili, że w mokradłach widywali istoty. Spaleńców, których ciała parowały jeszcze od wewnętrznego ognia. Topielców, z oczyma pustymi jak woda w kałuży. I Wodnice - mroczne zjawy, które wychodziły na brzeg i wciągały chłopów do wody, by zakończyć ich żywot. Nikt, kto próbował przejść przez mokradła, nie wrócił. Mokradła trwały w tym samym miejscu, odkąd pamiętano. A jednak każdy miał wrażenie, że ścieżki się zmieniają, że zarośla rosną inaczej, że drzewo, które wczoraj było proste, dziś ma wygięty pień. Nie było to złudzenie - po prostu czas w mokradłach płynął własnym rytmem.

środa, 5 sierpnia 2026

Betonowa patelnia

Miasto rozgrzane do białości przypomina rozżarzoną patelnię. Asfalt mięknie pod podeszwami, powietrze stoi w miejscu, a każdy oddech smakuje jak zupa z kurzu i spalin. W takim momencie człowiek oddałby wiele za podmuch chłodnego wiatru.

​Zamiast jednak szukać ratunku w klimatyzowanych klatkach, wystarczy odbić w bok, zostawiając za sobą miejski zgiełk, i wejść pod gęste sklepienie lasu, w którym czeka prawdziwe wybawienie - leśna rzeka.


​Wystarczy samo zbliżenie się do jej nurtu, by poczuć, jak temperatura drastycznie spada. Nawet nie trzeba zdejmować butów i wchodzić do wody. Wystarczy usiąść na brzegu. Wilgoć unosząca się z prądu, chłód ciągnący od wilgotnej ziemi i cień rzucany przez drzewa natychmiast robią swoje. Las i rzeka tworzą naturalny układ klimatyzacyjny, który w kilka minut resetuje przegrzany organizm.

Jeśli wobec tego, macie taką możliwość, to zamiast miejskiego skwaru, wybierzcie leśny mikroklimat. Czas wrzucić na luz i pozwolić, by dzika woda zrobiła swoje.