wtorek, 1 września 2026

Miasto 'widmo' nad Odrą

Jest takie miejsce, dla którego czas się skończył. Pozostało ono w przeszłości... Stary Kostrzyń nad Odrą, dawniej potężna twierdza i miasto graniczne, po ciężkich walkach na przełomie lutego i marca 1945 roku uległ niemal całkowitemu zniszczeniu, obracając się w gruzy w 95-ciu procentach. W przeciwieństwie do nowszej części położonej po wschodniej stronie, historyczne Stare Miasto w obrębie fortyfikacji po zakończeniu wojny nie zostało odbudowane, co sprawiło, że obszar ten przekształcił się w unikalne miasto widmo, nazywane czasem europejskimi Pompejami. Zajmujący powierzchnię kilkudziesięciu hektarów teren dawnej starówki, odpowiada wielkością około pięćdziesięciu boiskom piłkarskim, co pozwala w pełni objąć wyobraźnią skalę tej zniszczonej przestrzeni. Obecnie dawne trakty i ulice, takie jak ulica Kominiarska, przebiegają przez zarośnięte dziką roślinnością ruiny, fundamenty dawnych budynków oraz zasypane piwnice, tworząc niezwykły, melancholijny krajobraz, w którym czas zatrzymał się w momencie powojennej zagłady. 








Dla fanów historii tej nieodległej to "must have". Stare Miasto w Kostrzynie nad Odrą to nie tylko zgliszcza i dzika przyroda porastająca dawne ulice.

​Pod powierzchnią ziemi rozciąga się skomplikowana sieć podziemnych korytarzy, kazamat, nienaruszonych piwnic i schronów dawnej pruskiej twierdzy, które przez dekady były odcięte od świata. Wiele z tych zakamarków wciąż nie została do końca zbadana, a nieodkryte do końca fragmenty fortyfikacji, ukryte pod zwałami gruzu i ziemi artefakty czy relikty dawnej tkanki miejskiej pobudzają wyobraźnię poszukiwaczy przygód. To teren, gdzie historia dosłownie leży pod stopami, a każdy krok po dawnych traktach może odsłonić coś, co przetrwało pożogę 1945 roku.

piątek, 28 sierpnia 2026

W ogrodzie 13 - Glicynia

Glicynia, czyli wisteria, to potężne pnącze o niezwykle silnym wzroście, które potrafi doskonale zarządzać przestrzenią na ścianie budynku. Sezon na tę roślinę zaczyna się w maju, kiedy to jej pędy pokrywają się gęstymi, fioletowymi kwiatostanami przypominającymi wiszące kaskady. W tym okresie roślina prezentuje się najbardziej widowiskowo i przyciąga wzrok intensywną barwą oraz zapachem.


​Gdy majowy okres kwitnienia mija, oblicze rośliny zmienia się wraz z nadejściem lata. Zamiast kwiatów na pędach pojawiają się duże, zamszowe i podłużne strąki nasienne, które zwisają spomiędzy liści. Strąki te stanowią naturalny element cyklu rozwojowego rośliny i skrywają w sobie nasiona. Warto pamiętać, że nasiona oraz inne części glicynii są trujące, dlatego pełnią one wyłącznie funkcję ozdobną.



​Koniec sierpnia to idealny moment na przeprowadzenie letniego cięcia, które jest kluczowe dla dobrej kondycji rośliny. W tym okresie skraca się tegoroczne, długie przyrosty boczne, pozostawiając na nich około 4-6 oczek. Ten zabieg hamuje nadmierny wzrost zielonej masy i pomaga roślinie zawiązać pąki kwiatowe na kolejny sezon.

​Utrzymanie glicynii w ryzach na elewacji wymaga zresztą regularnego i zdecydowanego cięcia przez cały rok. Bez systematycznej konturacji pędy rośliny potrafią przerosnąć konstrukcje i zdominować fasadę. Pnącze to wymaga uwagi i cierpliwości w pielęgnacji, jednak majowy efekt kwitnienia w pełni rekompensuje włożony w jej prowadzenie wysiłek.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Obra packraft'em

Obra to nie rzeka dla rodzin z dziećmi. To nie rzeka dla niedzielnych turystów i miłośników lansowania się w social mediach z czystym wiosłem. Ta woda płynie leniwym korytem, ale meandruje tak gęsto, że zanim zdąży się wyprostować dziób, znowu trzeba składać się do zakrętu. Do tego dochodzą setki powalonych drzew - potężne zwałki, które sprawiają, że odcinek od Międzyrzecza do "mostu Bieruta" przed Zalewem Bledzewskim staje się poligonem, a nie sielankowym spływem.




​Wybraliśmy packrafty nie bez powodu. Są krótkie, bezwzględnie manewrowe, mają minimalne zanurzenie i pozwalają bez problemu wrzucić na pokład cały szpej z dwuosobowym namiotem i zapasami na kilka dni samowystarczalności.



​Większość organizowanych tu komercyjnych spływów opiera się na ciężkich, plastikowych dwójkach. Fajne na szerokie jezioro, ale tutaj? Długi kajak na Obrze to gwarancja walki z materią, obijania burt i wysiadania do wody w najmniej dogodnych momentach. Brak manewrowności w zwałkowym labiryncie szybko weryfikuje turystyczne zapędy.

​Wystartowaliśmy przy kładce obok miejskiego stadionu w Międzyrzeczu. Rzeka początkowo prowadzi leniwie przez miasto, dając złudne poczucie bezpieczeństwa w towarzystwie dzikich kaczek i zadrzewionych skwerów. Miasto jednak szybko zostaje w tyle. Kiedy cywilizacja milknie, zaczyna się prawdziwa gra z nurtem, w której packraft udowadnia swoją wyższość nad każdym innym pływadełkiem.

​Obra to rzeka kameleon. Czasem koryto zwęża się do gardła, zmuszając do przeciskania się między zwalonymi pniami, by za chwilę rozlać się w szeroką, senną toń. Woda potrafi być krystalicznie czysta, odsłaniając dno, ale równie szybko zmienia się w zamuloną, ciemną masę, która niesie ze sobą charakterystyczny zapach rozkładających się roślin. Tę zmienność czuje się również w nurcie - od leniwych, niemal stojących odcinków, gdzie każdy metr trzeba wypracować wiosłem, po nagłe, żywsze fragmenty, które wymagają pełnego skupienia.



​Najbardziej jednak uderza dzikość tej trasy. Całymi kilometrami brzegi są porośnięte tak gęstą, nieprzebytą ścianą roślinności, że wyjście z rzeki na brzeg staje się fizyczną niemożliwością. Dodajmy do tego fakt, że na większości tego szlaku nie ma żadnego zasięgu - ani telefonii, ani internetu. Zostaje się sam na sam z rzeką, dlatego poleganie na online'owych mapach w telefonie to bilet w jedną stronę do kłopotów. Dobra mapa offline w urządzeniu albo sprawdzony, papierowy klasyk to tutaj absolutny ekwipunek obowiązkowy, a nie zbędny balast.




​To nie jest łatwa trasa. Ale dla packraftera szukającego wyzwań, surowego piękna i prawdziwego kontaktu z naturą, odcinek Obry od Międzyrzecza to absolutny klasyk. Wymagający, nieprzewidywalny, a przez to niesamowicie satysfakcjonujący.

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Radkowski trawers Szczelińca

 

Szczeliniec Wielki kojarzy się dziś głównie z asfaltowym parkingiem w Karłowie, ciągiem kramów z dyktą i głośnym peletonem wlewającym się na schody po kolejny punkt na mapie. Alternatywą bywa Pasterka - cichsza, ale również powoli tracąca swój dawny, odosobniony ciężar.

​Wystarczy jednak cofnąć się na dół, do Radkowa, i podejść do sprawy od samej podstawy.

​Wybór szlaku ze stóp progu płytowego od strony Radkowa to najdłuższy, najbardziej mozolny, ale też najbardziej uczciwy wariant wejścia. Nie ma tu drogi na skróty. Żeby dotrzeć do cielska piaskowca, trzeba najpierw wydeptać swoje w głębokim cieniu dławiącego świerka i buka, poczuć w łydkach kamieniste podejścia i oddechy mrocznego lasu, gdzie mikroklimat drastycznie zmienia się z każdym krokiem w górę.

​Gdzieś po drodze wyrastają z ziemi potężne, ciosane z piaskowca filary. To pozostałości po dawnej leśniczówce w Radkowskim Dole. Brak dachu i ścian sprawia, że las powoli i konsekwentnie przetrawia ten cmentarz z kamienia, zostawiając jedynie szkielet. Tego typu miejsca przypominają, że szlak ten miał kiedyś swój zupełnie inny, wiejski rytm.



​Skały nie wyrastają tu nagle jako komercyjna atrakcja - narastają stopniowo z poziomu runa. Najpierw mija się pojedyncze, obrosłe grubym kożuchem mchu głazy, porzucone w wilgotnym poszyciu jak usypisko dawnych wieków. Potem pnie zaczynają ustępować miejsca potężnym, szarym monolitom, które osaczają ścieżkę i wymuszają zmianę rytmu marszu. Wrzosy na progach, chłód ciągnący ze szczelin i wąskie deskowane kładki rzucone nad wilgotnym podłożem tworzą przestrzeń, w której da się poczuć prawdziwą fakturę Gór Stołowych.




​Samo podejście wymaga oddechu i cierpliwości, ale daje coś nieuchwytnego: samotność na szlaku przez pierwsze dwie godziny marszu i świadomość, że na końcowy widok naprawdę się zapracowało.

​Powrót najlepiej domknąć przez Wodospady Pośny. Zamiast spiesznego zejścia tą samą drogą, schodzi się wzdłuż chłodnego koryta potoku, gdzie woda rzeźbi piaskowiec po swojemu. 




Szlak sprowadza wprost nad Zalew Radkowski. Po kilku godzinach czystego, górskiego podejścia i zbiegania po korzeniach, najlepszym finałem okazuje się zrzucenie butów i moczenie nóg w chłodnej wodzie z widokiem na próg, który przed chwilą znajdował się pod stopami.




środa, 12 sierpnia 2026

Bez koralowy - zwiastun pełni lata

Bez koralowy (Sambucus racemosa) to jeden z najbardziej charakterystycznych krzewów leśnych. Już w środku lata jego gałęzie zdobią gęste grona intensywnie czerwonych owoców, które przyciągają wzrok z daleka. Rośnie najczęściej na skrajach lasów, w zaroślach i wilgotniejszych miejscach.

Choć owoce wyglądają apetycznie, nie powinno się ich jeść na surowo. Zawierają związki, które mogą wywołać dolegliwości żołądkowo-jelitowe. Po odpowiedniej obróbce termicznej były jednak dawniej wykorzystywane do wyrobu soków, galaretek, dżemów czy nalewek.

W medycynie ludowej stosowano przede wszystkim kwiaty i korę. Napary z kwiatów wykorzystywano jako środek napotny przy przeziębieniach, a korze przypisywano działanie przeczyszczające i moczopędne. Dziś bez koralowy ma niewielkie znaczenie zielarskie i znacznie częściej wykorzystuje się bez czarny (Sambucus nigra), którego właściwości są lepiej poznane i potwierdzone.



Bez koralowy już obwiesił się czerwonymi owocami. Dla człowieka surowe są niewskazane, ale dla wielu ptaków stanowią cenne źródło pokarmu, gdy nadejdzie czas ich pełnej dojrzałości.