piątek, 8 maja 2026

Polska "Amazonia"?

Obiecywali nam polską Amazonię. Kiedy w 2001 roku wydzielano ten obszar, idea była jasna: stworzyć nietykalny azyl dla ptaków, miejsce, gdzie woda dyktuje warunki, a człowiek jest tylko pokornym obserwatorem. Z tą właśnie myślą ruszyliśmy w stronę Kostrzyna nad Odrą. Chcieliśmy na własne oczy zobaczyć to osobliwe dorzecze i przy okazji zrozumieć, dlaczego turyści omijają ten park tak szerokim łukiem. Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewaliśmy, i była wyjątkowo gorzka.

​Dziś po polskiej Amazonii zostało głównie wspomnienie w starych folderach. Mamy początek maja - czas, w którym o tej porze roku woda powinna być tu dosłownie wszędzie, zalewając łąki i dając życie tysiącom lęgowych ptaków. Zamiast tego zastaliśmy popękaną ziemię, a zamiast ptasiego gwaru - głuchą, suchą ciszę. Sam Park Narodowy Ujście Warty już w kwietniu alarmował, o krytycznie niskich stanach wód i ogromnym deficycie, ale dopóki nie stanie się na środku Polderu Północnego, trudno pojąć skalę tego dramatu. Przejście przez te tereny miało być wyprawą w głąb dzikiej natury, a okazało się marszem przez dno wyschniętego świata. Zamiast brodzenia w wodzie, zaliczyliśmy tylko wszechobecny, gryzący pył. Ten kurz był wszędzie: w butach, w nosie i w każdej szczelinie ubrania. Stał się namacalnym dowodem na to, że serce tego parku przestało bić.

​Trzeba jednak oddać prawdę, że natura nie poddała się całkowicie. Ptasia „betonka” nad Postomią jeszcze żyje. Tam, w jej rozlewisku, wciąż można znaleźć stada ptaków, które kłębią się przy tym niewielkim skrawku wody. To niesamowity, ale i smutny widok - wygląda na to, że to jedna z niewielu ostatnich ostoi dzikiego życia w całej okolicy. Cały ekosystem zdaje się być teraz stłoczony w takich punktowych rezerwatach, walcząc o przetrwanie.







Już nie dziwi nas brak turystów. Trudno oczekiwać zachwytu tam, gdzie zamiast życia ogląda się powolną agonię krajobrazu. Wróciliśmy z tej podróży z ciężkim bagażem - nie sprzętu, a emocji. Dominuje smutek i ten specyficzny, chłodny lęk o przyszłość. Skoro w maju, w momencie szczytu wegetacji i lęgów, jest tak fatalnie, to strach pomyśleć, co wydarzy się w lipcu czy sierpniu. To, co nas czeka w nadchodzących miesiącach, to prawdziwy „nightmare” dla ptaków. Jeśli tak dziś wygląda nasze „ujście”, to za chwilę jedynym śladem po dawnej potędze przyrody będzie pył, który jeszcze długo po powrocie będziemy czuli w zębach.

czwartek, 16 kwietnia 2026

NoS2 - Odcinek 7

🌿 Nocne opowieści Szeptuchy 🌿
Odcinek 7: Za pierwszym światłem

Dziadyga wiedział, że musi działać. Bezczynne czekanie, nie pomoże mu odnaleźć bliskich.
Drzwi skrzypnęły, gdy je otwierał. Wewnątrz zostawili tylko szarą ciszę i zapach mokrego drewna. Jagna obejrzała się jeszcze raz - pustka w młynie była cięższa niż jego mury.
Na zewnątrz powietrze miało smak rzeki. Po lewej rozlewały się mokradła, na których dzień odbijał się w tysiącach drobnych luster. Po prawej - droga prowadząca w stronę doliny i cmentarnej bramy.

Dziadyga wziął starą latarnię, wiszącą przy drzwiach. Była zimna i pusta, ale zabrał ją jak zwykle, jak narzędzie, którego może jeszcze potrzebować.

Szli wolno, bez słów. Wilgoć z mokradeł wgryzała się w ubranie, a powietrze było gęste, jakby niosło w sobie resztki mgły.
Jagna miała wrażenie, że coś się nie zgadza: płot w jednej zagrodzie był inny niż zapamiętała, a stara topola przy zakręcie miała prostszy pień, jakby ktoś wyciął jej skręcone konary.

Pod palcami w kieszeni czuła znajomy kształt - kawałek metalu, który znalazła na strychu. Zimny, szorstki, o nieregularnych krawędziach. Nie wiedziała, po co go wzięła.

Dziadyga szedł pewnym krokiem, jakby znał drogę na pamięć. Czasem tylko rzucał spojrzenia w stronę mokradeł, jakby nasłuchiwał czegoś, co się tam kryło.

Minęli rozdroże z odejsciem do stawu, i dalej za zakrętem, zobaczyli stare drzewo wyrastające tuż przy cmentarnej bramie. Na jego grubej, spękanej gałęzi wisiała lampa naftowa. Płomień w środku tlił się spokojnie, choć dzień był jasny.
Szkło od środka było zaparowane, a na zewnątrz osiadła cienka warstwa sadzy. Wokół panowała cisza tak gęsta, że słychać było tylko ich kroki na drodze.

Dziadyga zatrzymał się. Patrzył na lampę długo, jakby porównywał ją z obrazem w pamięci. W latarni, którą trzymał, coś cicho stuknęło - drobny, metaliczny dźwięk w pustym wnętrzu. Nie skomentował.

Jagna poczuła niejasny ucisk w żołądku. Widok lampy wydawał jej się dziwnie znajomy, choć nie potrafiła przypomnieć sobie skąd. Płomień był inny niż wszystkie, jakie widziała - nie migotał, tylko trwał, jakby nie potrzebował powietrza.
W tej samej chwili kawałek metalu w jej kieszeni się rozgrzał - nie parzył, ale pulsował ciepłem, jakby chciał zwrócić na siebie uwagę.

- Kto ją tu powiesił? - zapytała, nie odrywając wzroku od lampy.
- Ktoś najpierw powiesił, a potem miał zabrać - odpowiedział krótko. - Ale może się spóźnia.
- A jeśli już zabrał… w innym czasie? - rzuciła cicho.

Spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, ale nie odpowiedział. Jakby pytanie zawisło w powietrzu, a on nie zamierzał go dotykać.

Od strony cmentarza powiało chłodem. Jagna odruchowo objęła się ramionami. Czuła, że za tą bramą coś czeka, ale nie wiedziała, czy to powinno ją pociągać, czy odstraszać.

Dziadyga stanął tuż przy bramie, ale nie zrobił kroku dalej.
- Idź, jeśli musisz - powiedział cicho. - To już twoja droga.

Jagna przez moment patrzyła w płomień lampy, jakby w nim chciała znaleźć odpowiedź. Potem przestąpiła próg.

Gdy stopy dotknęły ziemi po drugiej stronie, poczuła lekki powiew chłodu. Obróciła głowę przez ramię - brama i stojący w jej cieniu Dziadyga były wyraźne, lecz za jego plecami coś migotało: krótkie, niemal senne miejsca, które znała, lecz nie mogła sobie przypomnieć, skąd.

Obraz powoli się rozmywał, jakby coś zabierało go z jej pola widzenia. Lampa na gałęzi przy wejściu świeciła nieruchomo. Twarz Dziadygi rozpływała się w drżeniu powietrza.

Z daleka, od strony stawu, dobiegły kroki - spokojne, równe. Jakby ktoś trzeci nadchodził.

wtorek, 31 marca 2026

NoS2 - Odcinek 6

🌿 Nocne opowieści Szeptuchy 🌿
Odcinek 6: Wędrówka

Dziadyga podał jej dłoń. Podniosła się powoli, czując w nogach ciężar chłodu, który wniknął aż w kości. W zagajniku było cicho. Nie ten zwykły spokój doliny, ale cisza, która kładła się na karku.

Ruszyli w stronę ścieżki prowadzącej łukiem doliny. Między drzewami pojawił się błysk wody - wąski odcinek strumienia przecinał im drogę. Przeszli brodem, czując, jak lodowaty nurt podmywa kamienie. W powietrzu wisiał zapach dymu, świeży, jakby gdzieś w pobliżu dopalano resztki gałęzi.

Po lewej, w głębi, majaczyła chata Kobiety od Ognia. Okna były zasłonięte, drzwi zamknięte na skobel. W progu wiatr naniósł liście i pył. Jagna zatrzymała się na moment, jakby chciała coś usłyszeć z wnętrza, ale Dziadyga już szedł dalej.

Minęli kilka chałup stojących przy drodze. Żadne okno się nie otworzyło, żaden pies nie zaszczekał. Jakby dolina wstrzymała oddech.

Wkrótce przed nimi wyrósł mur cmentarny. Brama była uchylona, a nad nią płonąca lampa na gałęzi. Dziadyga tylko rzucił na nią przelotnie okiem.
Droga skręciła lekko w prawo. Z lewej, w obniżeniu terenu, pojawił się staw. Woda była gładka, szara, bez jednego kręgu. Brzoza na brzegu straciła już wszystkie liście; jej cienkie gałęzie drżały lekko, choć nie było wiatru.

Za stawem dolina otworzyła się szerzej. Strumień znów zbliżył się do drogi, a jego szum stawał się coraz głośniejszy. W oddali, po drugiej stronie wody, widać było wieżę młyna. Koło wodne obracało się wolno, jednostajnie.

Kiedy stanęli przed drzwiami, Dziadyga pchnął je lekko. Zawiasy zapiszczały, a echo wypełniło pustą przestrzeń. W środku nie było nikogo. Na stole stał pusty kubek, przy łóżku równo złożony koc.

Przy progu Jagna zauważyła drobne ślady - nie od butów, tylko coś, co przypominało odcisk łapy. Małej, ale głębokiej. Woda z koła młyna kapała miarowo, jakby odliczała czas do czegoś, co miało się wydarzyć.

- Nie ma ich - powiedział cicho Dziadyga.
- Kogo? - spytała Jagna.

Nie odpowiedział. Stał, patrząc w stronę strumienia, gdzie nurt odbijał blade światło dnia.

W dolinie panowała cisza, ale to nie była pustka.
To było czekanie.

czwartek, 26 marca 2026

Jest taka ścieżka

Jest taka pętla w Dolinie Bystrzycy, za parkiem miejskim. Około pięciu kilometrów, start i meta w tym samym miejscu, przy jednym parkingu. Trasa znana na pamięć, bez kombinowania, bez błądzenia. Wchodzi się w las i po chwili wszystko układa się samo, kolejne zakręty nie wymagają decyzji, tylko idzie się dalej, dokładnie tak jak zawsze.


Nie chodzi się tam wszędzie. Część odnóg jest z góry skreślona. Wystarczyło tylko spojrzeć, żeby wiedzieć, że nic tam nie ma. Zwykłe haszczowiska nad rzeką, gęste, wilgotne, bez sensu, jeśli nie ma konkretnego powodu. Nie każde miejsce musi być sprawdzone.

Na tej trasie jest jednak jedna ścieżka, która nie daje spokoju. Nie dlatego, że czymś przyciąga. Właśnie przeciwnie - wygląda jak skrót. A skróty w takich miejscach zazwyczaj prowadzą donikąd, kończą się przedzieraniem przez zarośla i stratą czasu. Ślad, który ktoś kiedyś zostawił, a potem przestał być używany, bo nie było ku temu powodu.
I dokładnie tak jest traktowana. Omijana bez zatrzymywania się, bez potrzeby sprawdzania. Tylko że z tą ścieżką wiąże się jedna rzecz.
Niegdyś chodził tamtędy ksiądz po kolędzie. Na skróty.

Można sobie wyobrazić człowieka przedzierającego się przez krzaki, szukającego drogi, kogoś w sutannie, idącego pewnie przez coś, co wygląda jak ślepa odnoga w chaszczach nad rzeką. To się nie zgadza ani z terenem, ani z tym, jak takie miejsca działają. I przez to obraz wraca. Zostaje gdzieś z tyłu głowy, pojawia się przy każdym przejściu obok, choć nie zatrzymuje na tyle, żeby skręcić.
I na razie tak zostaje.

Nie każdą ścieżkę trzeba sprawdzić. Nie każdą ciekawość trzeba zamykać. Czasem lepiej zostawić coś niedopowiedzianego, zamiast rozdeptać to jednym wejściem i zapomnieć, że w ogóle było.

sobota, 21 marca 2026

Dzień wierzby

Dzisiaj jest Dzień Wierzby, ale to nie jest takie święto, które rzuca się w oczy i każe coś specjalnie celebrować, raczej daje pretekst, żeby na chwilę spojrzeć na coś, co i tak mamy codziennie przed sobą, tylko zwykle tego nie zauważamy. Wierzba rośnie tam, gdzie innym drzewom nie jest po drodze, przy wodzie, w rowach, na podmokłej ziemi, często krzywo, czasem jakby byle jak, ale mimo tego wszystkiego trzyma się i robi swoje, bez względu na warunki. Nie potrzebuje idealnego miejsca, nie potrzebuje opieki, nie walczy o uwagę, a i tak jest obecna praktycznie wszędzie.


I właśnie to w niej jest najciekawsze, bo wierzba nie pokazuje siły w taki oczywisty sposób, jak robią to inne drzewa, tylko radzi sobie inaczej, bardziej po cichu i bez uporu na pokaz. Kiedy przychodzi wiatr, ona się ugina, zamiast się łamać, a kiedy coś ją uszkodzi, potrafi odrosnąć i zacząć od nowa, jakby to była dla niej normalna część życia, a nie żadna tragedia. Nawet z kawałka gałęzi, wbitej w ziemię, potrafi wypuścić korzenie i dalej rosnąć, co już samo w sobie pokazuje, z jakim uporem mamy do czynienia, tylko że to nie jest upór krzykliwy, tylko taki spokojny i konsekwentny.

Dlatego ten dzień można potraktować po prostu jako przypomnienie, że nie wszystko musi być idealne, żeby działało, i że czasem lepiej się ugiąć i przetrwać trudniejszy moment, niż próbować za wszelką cenę stać prosto i się połamać. Wierzba nie udaje niczego więcej, niż jest. Nie próbuje być innym drzewem i nie rośnie tam, gdzie jej nie pasuje, tylko bierze to, co ma i robi z tego swoje miejsce. I może właśnie dlatego tak dobrze sobie radzi.

Jak się nad tym chwilę zastanowić, to jest w tym więcej sensu niż w wielu „mądrych” zasadach, które sobie dokładamy na siłę, bo życie rzadko kiedy wygląda idealnie, a jednak jakoś idzie dalej, dokładnie tak jak ta wierzba przy rowie, której nikt nie sadził, nikt nie pilnował, a i tak rośnie.