poniedziałek, 21 września 2026

Wrześniowy biwak?

Wrześniowy biwak w terenie to temat, który budzi sporo wątpliwości. Letnie upały odchodzą w przeszłość, a perspektywa nocy spędzonej pod namiotem staje się dla wielu sprawdzianem odporności, a nie tylko przyjemnością. Z jednej strony mamy trudniejsze warunki, z drugiej - uroki, których nie znajdziemy w środku lata. Przyjrzyjmy się temu, czy warto ruszać w trasę, gdy wrzesień zaczyna rządzić się swoimi prawami.


​Zacznijmy od minusów, bo wrzesień nie wybacza braku przygotowania. Dni stają się coraz krótsze, a słońce zachodzi błyskawicznie, pozostawiając nas z długimi, ciemnymi wieczorami w obozowisku. Do tego dochodzi lodowata wilgoć ciągnąca od ziemi oraz poranna kondensacja, czyli skraplająca się para wodna na ściankach namiotu. Bez odpowiedniego materaca izolującego od podłoża i zestawu cieplejszych ubrań łatwo o przemarznięcie, co szybko psuje całą radość z wyjazdu.

​Mimo tych niedogodności gra jest warta świeczki, ponieważ wrzesień przynosi profity nieosiągalne w lipcu czy sierpniu. Przede wszystkim szlaki pustoszeją, a uciążliwe letnie owady znikają, dając upragniony spokój. Dni są rześkie i idealne do aktywności fizycznej bez ryzyka przegrzania organizmu. Największym atutem jesiennego biwaku staje się jednak ognisko. Po całym dniu w terenie płomienie dają nie tylko upragnione ciepło, ale tworzą niepowtarzalny klimat, przy którym można zjeść coś pożywnego i odpocząć w ciszy gasnącego lasu. Wrześniowy biwak wymaga lepszego sprzętu, ale odwdzięcza się surowym, wyjątkowym doświadczeniem, którego warto spróbować samemu.

czwartek, 17 września 2026

NoS3 - Odcinek 1

🌿 Nocne opowieści Szeptuchy 🌿
Odcinek 1: Po drugiej stronie


Każdy, którego czas na ziemi dobiegł końca, przekracza granicę nad stawem. Nie ma fali, nie ma nurtu - tylko gładka tafla, na której Księżyc odbija się tak samo obco jak spojrzenie w cudze oczy. Powietrze nieruchomieje, jakby wstrzymało oddech, a cisza osiada na ramionach ciężarem. Krok, który nie jest krokiem, i już nie ma powrotu.


Po drugiej stronie czas nie płynie. Nie ma dni ani miesięcy. Mgła nie znika, tylko gęstnieje i rozwiewa się własnym rytmem. Jedynie Księżyc przychodzi i znika, jakby przypominał, że coś jednak trwa - a może tylko powtarza ten sam obraz w nieskończoność.


Dusze dobre nie błądzą. Idą w stronę smutnego drzewca, którego konary zwisają tak nisko, że niemal dotykają ziemi, jakby chciały otulić tych, którzy potrafili tu dotrzeć. U jego stóp stoi chatka. Cicha, skromna, jakby zbudowana nie ręką, lecz wspólną pamięcią tych, którzy znaleźli tu swoje miejsce. W jej progach dobrzy spotykają się, by trwać razem. Nie w bezczynności - ale w czuwaniu. Patrzą w stronę doliny. Troszczą się o żyjących, choć nikt z żywych o tym nie wie.


Złe dusze nie umieją albo nie chcą. Snują się między bezkształtnymi mgłami, z każdym dniem coraz bardziej przygnieceni własną niemocą. Każdy krok jest cięższy od poprzedniego, aż w końcu zostaje tylko bezruch i spojrzenie wbite w ciemność. Ich smutek staje się ciężarem tak gęstym, że przyciąga istoty, które karmią się rozpaczą. Demony nie mają postaci - są jak skrzypienie w pustym domu, jak oddech tuż za plecami. Tu jednak żywią się nie ludźmi, lecz tymi, którzy nie potrafią znaleźć dla siebie miejsca. A kiedy się zbliżają, cisza gęstnieje tak bardzo, że zdaje się dławić.


Cisza tamtej strony bywa cięższa od wszystkich krzyków świata.


Pod drzewcem, przy chacie pojawia się czasem sylwetka. Wysoka, wyprostowana, znana z doliny. Obok niej cień psa, tego samego, który nieraz biegł ścieżką między cmentarzem a strumieniem. Stoją bez słów, jakby byli tu od dawna. A może dopiero co przyszli.



Mgła pod drzewcem rozstępuje się tylko wtedy, gdy ktoś nadchodzi. Tego wieczoru nie niosła jednak duszy przechodzącej przez taflę, lecz kroki tych, którzy czuwają. Sylwetka mężczyzny i cień psa stały u progu chaty, jakby dopiero co wrócili z drogi. Pies nie szczekał - poruszył tylko łbem i utkwił wzrok w kierunku doliny, której tu nie było widać, a jednak każdy wiedział, gdzie leży.


W chacie paliło się światło. Nie było widać świecy, ognia ani lampy - tylko matowy blask, który spływał z belek i ścian. W środku siedzieli inni. Ich twarze nie starzały się ani nie młodniały. Czekali. Szeptali cicho, a szept mieszał się z ciszą, aż trudno było odróżnić jedno od drugiego.


Nie byli uwięzieni. Mogli odejść głębiej w mgłę, zapomnieć o wszystkim i pozwolić, by czas rozpłynął się w nicości. Ale nie odchodzili. Wybierali czuwanie - choć sami nie wiedzieli, czy ktokolwiek w dolinie odczuwa ich obecność.


Nieopodal chaty, wśród snujących się bezradnie cieni, coś się poruszyło. Najpierw szelest, potem drżenie mgły. Złe dusze nie miały odwagi podejść pod drzewo, ale tej nocy coś je pchało naprzód. Niosły za sobą ciężar krzyku, którego nie potrafiły wydobyć z własnych gardeł.


Pies uniósł łeb, warczenie zawisło w powietrzu. Mężczyzna wyprostował się i zrobił krok przed siebie, jakby wyznaczał granicę. Światło chaty przygasło na moment, mgła zgęstniała.


Wtedy pojawił się trzask - jak pękająca gałąź w zimowym lesie. Echo poniosło się po tamtej stronie i długo nie gasło. Dusze cofnęły się, a ciemność odsunęła od chaty.


Znów zapadła cisza.


Ale każdy, kto czuwał pod drzewcem, wiedział, że tej nocy coś się zmieniło. Jakby po tamtej stronie ktoś lub coś zaczęło szukać drogi do doliny.

poniedziałek, 14 września 2026

Drugie życie pokrzywy

Wygląda na to, że po letnim koszeniu pokrzywa dostała drugie życie i wrzesień przywitał nas pięknym, soczystym odrostem. Choć przyjęło się uważać majowy zbiór za bezkonkurencyjny, to świeże, młode pędy pojawiające się późnym latem i na początku jesieni są niemal równie wartościowe. Są pozbawione zdrewniałych łodyg oraz twardych kwiatostanów, dzięki czemu idealnie nadają się do bieżącego wykorzystania w kuchni, na przykład jako dodatek do jesiennych zup, omletów czy domowego pesto.

Wrześniowy odrost, to także doskonały surowiec na świeże napary, susz na zimę oraz bazy do wzmacniających soków i nalewek, które świetnie sprawdzą się w chłodniejsze dni. Sucha, czysta zieloność tych wierzchołków aż się prosi, by zebrać je do koszyka podczas spaceru.


sobota, 12 września 2026

Raport grzybowy - Góry Krucze

Minął zaledwie tydzień od ostatniego wypadku, a my znów wracamy z leśnym raportem z tras. Tym razem wybór padł na Góry Krucze, by sprawdzić, jak miewa się wysyp w trochę wyższych partiach. Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania - przebiliśmy zeszłotygodniowy wynik dwukrotnie, spędzając na szlaku dokładnie trzy i pół godziny.

​Nasza trasa wiodła z Lubawki w stronę Krzyżówki BHP. Dokładne namiary zamieszczamy na mapce poniżej. Najciekawsze w tej wyprawie było to, że wszystkie grzyby zebraliśmy praktycznie z samej drogi, niemal bez wchodzenia głębiej w las. Okazuje się, że gdy w górach ruszy prawdziwy wysyp, wystarczy po prostu uważnie patrzeć pod nogi podczas zwykłego marszu szlakiem.


​Równe dziesięć kilogramów zdrowiutkich grzybów sprawiło, że wiklinowy kosz był wypełniony po sam brzeg, a jego ciężar przyjemnie ciągnął w dół w drodze powrotnej. Zbiór okazał się wyjątkowo urozmaicony i bogaty. Absolutnymi gwiazdami wyprawy były przepiękne prawdziwki o twardych kapeluszach i grubych trzonach, z których jeden dorodny okaz pozował nam do zdjęcia wprost w leśnym igliwiu. Obok nich obficie dopisały maślaki oraz klasyczne podgrzybki, a dopełnieniem całości były borowiki ceglastopore - jak zawsze twarde, konkretne i czyste.


​Góry Krucze po raz kolejny udowodniły, że mają w sobie niezwykły klimat i potrafią hojnie obdarować bez konieczności przedzierania się przez gęstwiny. Grzybnie prócz dojrzałych okazów, wypuszczają jeszcze młode osobniki, które zostawialiśmy w lesie, więc warto się tam wybrać w najbliższych dniach.

wtorek, 8 września 2026

Zaćmienia

Dla dawnych społeczności słowiańskich światło miało wymiar absolutnie fundamentalny. Słońce nie było po prostu tarczą na niebie, lecz żywym dawcą życia, ciepła i urodzaju, którego potęgę ucieleśniały bóstwa takie jak Swarożyc. Tym większego strachu musiał narobić moment, w którym ten porządek nagle pękał, a w środku jasnego dnia tarcza słoneczna zaczynała znikać, pogrążając świat w nienaturalnym, ołowianym półmroku. Mieszkańcy dawnych osad i puszcz nie szukali wówczas wyjaśnień w podręcznikach astronomii, lecz wierzyli, że gwałtowny zanik światła oznacza naruszenie kosmicznej równowagi i gniew potężnych sił.


​W słowiańskim folklorze zjawiska nadzwyczajne rzadko były dziełem przypadku, a zaćmienia wiązano z obecnością demonów oraz istot z innego świata próbujących zagrabić to, co należało do ludzi. Wyobraźnia ludowa przypisywała potężnym, mitycznym gadom, takim jak żmije chmurne, zdolność zasłaniania lub wręcz pożerania ciał niebieskich. Wierzono również, że za nagłym zniknięciem słońca stoją mroczne siły dążące do zniszczenia ziemskiego ładu, co czyniło z nadciągającej ciemności bezpośredni zwiastun głodu, chorób oraz wielkich nieszczęść.

​W obliczu tak potężnego zagrożenia społeczności nie pozostawały bierne, ponieważ zgodnie z dawnym myśleniem magicznym hałas i gwałtowny ruch miały moc odstraszania złych mocy. Gdy niebo szarzało, wokół chat zaczynał się ruch, a ludzie uderzali w miedziane garnki, dzwonili narzędziami rolniczymi, krzyczeli i strzelali z łuków w kierunku nieba. Działania te miały na celu przepędzenie niewidzialnego napastnika i zmuszenie go do oddania słońca, gdyż wierzono, że bierność oznacza zgodę na wieczną noc.

​Dzisiaj, patrząc na zaćmienia z perspektywy wiedzy naukowej, dostrzegamy w nich jedynie precyzyjny układ ciał niebieskich. Jednak kiedy stajemy na skraju lasu i obserwujemy, jak cichną ptaki oraz gwałtownie spada temperatura, nietrudno poczuć ten sam pierwotny dreszcz, który dowodzi, że wobec potęgi kosmosu wszyscy pozostajemy tak samo mali.