wtorek, 31 marca 2026

NoS2 - Odcinek 6

🌿 Nocne opowieści Szeptuchy 🌿
Odcinek 6: Wędrówka

Dziadyga podał jej dłoń. Podniosła się powoli, czując w nogach ciężar chłodu, który wniknął aż w kości. W zagajniku było cicho. Nie ten zwykły spokój doliny, ale cisza, która kładła się na karku.

Ruszyli w stronę ścieżki prowadzącej łukiem doliny. Między drzewami pojawił się błysk wody - wąski odcinek strumienia przecinał im drogę. Przeszli brodem, czując, jak lodowaty nurt podmywa kamienie. W powietrzu wisiał zapach dymu, świeży, jakby gdzieś w pobliżu dopalano resztki gałęzi.

Po lewej, w głębi, majaczyła chata Kobiety od Ognia. Okna były zasłonięte, drzwi zamknięte na skobel. W progu wiatr naniósł liście i pył. Jagna zatrzymała się na moment, jakby chciała coś usłyszeć z wnętrza, ale Dziadyga już szedł dalej.

Minęli kilka chałup stojących przy drodze. Żadne okno się nie otworzyło, żaden pies nie zaszczekał. Jakby dolina wstrzymała oddech.

Wkrótce przed nimi wyrósł mur cmentarny. Brama była uchylona, a nad nią płonąca lampa na gałęzi. Dziadyga tylko rzucił na nią przelotnie okiem.
Droga skręciła lekko w prawo. Z lewej, w obniżeniu terenu, pojawił się staw. Woda była gładka, szara, bez jednego kręgu. Brzoza na brzegu straciła już wszystkie liście; jej cienkie gałęzie drżały lekko, choć nie było wiatru.

Za stawem dolina otworzyła się szerzej. Strumień znów zbliżył się do drogi, a jego szum stawał się coraz głośniejszy. W oddali, po drugiej stronie wody, widać było wieżę młyna. Koło wodne obracało się wolno, jednostajnie.

Kiedy stanęli przed drzwiami, Dziadyga pchnął je lekko. Zawiasy zapiszczały, a echo wypełniło pustą przestrzeń. W środku nie było nikogo. Na stole stał pusty kubek, przy łóżku równo złożony koc.

Przy progu Jagna zauważyła drobne ślady - nie od butów, tylko coś, co przypominało odcisk łapy. Małej, ale głębokiej. Woda z koła młyna kapała miarowo, jakby odliczała czas do czegoś, co miało się wydarzyć.

- Nie ma ich - powiedział cicho Dziadyga.
- Kogo? - spytała Jagna.

Nie odpowiedział. Stał, patrząc w stronę strumienia, gdzie nurt odbijał blade światło dnia.

W dolinie panowała cisza, ale to nie była pustka.
To było czekanie.

czwartek, 26 marca 2026

Jest taka ścieżka

Jest taka pętla w Dolinie Bystrzycy, za parkiem miejskim. Około pięciu kilometrów, start i meta w tym samym miejscu, przy jednym parkingu. Trasa znana na pamięć, bez kombinowania, bez błądzenia. Wchodzi się w las i po chwili wszystko układa się samo, kolejne zakręty nie wymagają decyzji, tylko idzie się dalej, dokładnie tak jak zawsze.


Nie chodzi się tam wszędzie. Część odnóg jest z góry skreślona. Wystarczyło tylko spojrzeć, żeby wiedzieć, że nic tam nie ma. Zwykłe haszczowiska nad rzeką, gęste, wilgotne, bez sensu, jeśli nie ma konkretnego powodu. Nie każde miejsce musi być sprawdzone.

Na tej trasie jest jednak jedna ścieżka, która nie daje spokoju. Nie dlatego, że czymś przyciąga. Właśnie przeciwnie - wygląda jak skrót. A skróty w takich miejscach zazwyczaj prowadzą donikąd, kończą się przedzieraniem przez zarośla i stratą czasu. Ślad, który ktoś kiedyś zostawił, a potem przestał być używany, bo nie było ku temu powodu.
I dokładnie tak jest traktowana. Omijana bez zatrzymywania się, bez potrzeby sprawdzania. Tylko że z tą ścieżką wiąże się jedna rzecz.
Niegdyś chodził tamtędy ksiądz po kolędzie. Na skróty.

Można sobie wyobrazić człowieka przedzierającego się przez krzaki, szukającego drogi, kogoś w sutannie, idącego pewnie przez coś, co wygląda jak ślepa odnoga w chaszczach nad rzeką. To się nie zgadza ani z terenem, ani z tym, jak takie miejsca działają. I przez to obraz wraca. Zostaje gdzieś z tyłu głowy, pojawia się przy każdym przejściu obok, choć nie zatrzymuje na tyle, żeby skręcić.
I na razie tak zostaje.

Nie każdą ścieżkę trzeba sprawdzić. Nie każdą ciekawość trzeba zamykać. Czasem lepiej zostawić coś niedopowiedzianego, zamiast rozdeptać to jednym wejściem i zapomnieć, że w ogóle było.

sobota, 21 marca 2026

Dzień wierzby

Dzisiaj jest Dzień Wierzby, ale to nie jest takie święto, które rzuca się w oczy i każe coś specjalnie celebrować, raczej daje pretekst, żeby na chwilę spojrzeć na coś, co i tak mamy codziennie przed sobą, tylko zwykle tego nie zauważamy. Wierzba rośnie tam, gdzie innym drzewom nie jest po drodze, przy wodzie, w rowach, na podmokłej ziemi, często krzywo, czasem jakby byle jak, ale mimo tego wszystkiego trzyma się i robi swoje, bez względu na warunki. Nie potrzebuje idealnego miejsca, nie potrzebuje opieki, nie walczy o uwagę, a i tak jest obecna praktycznie wszędzie.


I właśnie to w niej jest najciekawsze, bo wierzba nie pokazuje siły w taki oczywisty sposób, jak robią to inne drzewa, tylko radzi sobie inaczej, bardziej po cichu i bez uporu na pokaz. Kiedy przychodzi wiatr, ona się ugina, zamiast się łamać, a kiedy coś ją uszkodzi, potrafi odrosnąć i zacząć od nowa, jakby to była dla niej normalna część życia, a nie żadna tragedia. Nawet z kawałka gałęzi, wbitej w ziemię, potrafi wypuścić korzenie i dalej rosnąć, co już samo w sobie pokazuje, z jakim uporem mamy do czynienia, tylko że to nie jest upór krzykliwy, tylko taki spokojny i konsekwentny.

Dlatego ten dzień można potraktować po prostu jako przypomnienie, że nie wszystko musi być idealne, żeby działało, i że czasem lepiej się ugiąć i przetrwać trudniejszy moment, niż próbować za wszelką cenę stać prosto i się połamać. Wierzba nie udaje niczego więcej, niż jest. Nie próbuje być innym drzewem i nie rośnie tam, gdzie jej nie pasuje, tylko bierze to, co ma i robi z tego swoje miejsce. I może właśnie dlatego tak dobrze sobie radzi.

Jak się nad tym chwilę zastanowić, to jest w tym więcej sensu niż w wielu „mądrych” zasadach, które sobie dokładamy na siłę, bo życie rzadko kiedy wygląda idealnie, a jednak jakoś idzie dalej, dokładnie tak jak ta wierzba przy rowie, której nikt nie sadził, nikt nie pilnował, a i tak rośnie.

środa, 18 marca 2026

Przebudzenie (nie)mocy

Pierwszy wyjazd po zimowej przerwie (21km) stanowi brutalny, ale niezbędny test dla organizmu. Brak specjalistycznego ekwipunku, jak rękawiczki czy spodenki z wkładką, tylko potęguje doznania, ale pozwala na surową ocenę aktualnej dyspozycji.

Naturalnym zjawiskiem jest, że pierwszy rozruch obnaża wszelkie słabości. Mięśnie nóg, odzwyczajone od specyficznego ruchu obrotowego i stałego napięcia, szybko meldują deficyty tlenowe. Silny, południowy wiatr (ok. 23 km/h) działa tu jako dodatkowy czynnik obciążający, wymuszając pracę w wyższych strefach tętna. Ból tyłka, czy pieczenie mięśni nie są sygnałem do odwrotu, lecz dowodem na to, że organizm właściwie reaguje na bodźce. To proces adaptacyjny - układ krwionośny i mięśniowy potrzebują takich wstrząsów, aby zainicjować odbudowę formy.

Po pierwszym wypadzie rowerowym, pomimo słabości, najlepiej kontynuować w kolejnych dniach, nie dopuszczając do zbyt długiej regeneracji, która rozleniwi układ metaboliczny. Budowanie formy to nie tylko kwestia estetyki czy wyników w aplikacji, ale przede wszystkim inwestycja w wydolność serca i dotlenienie organizmu.

​Rower pozostaje jednym z najciekawszych sposobów na spędzanie czasu wolnego. Pozwala na docieranie do miejsc takich jak ruiny pałacu w Stoszycach (na zdjęciu), gdzie neogotycka cegła i surowy klimat dawnych posiadłości stają się tłem dla fizycznego wysiłku. To wolność, którą ograniczają jedynie wytrzymałość nóg i kierunek wiatru. Każdy kolejny kilometr przybliża do momentu, w którym ból ustępuje miejsca czystej satysfakcji z pokonywania własnych ograniczeń.

niedziela, 15 marca 2026

NoS2 - Odcinek 5

🌿 Nocne opowieści Szeptuchy 🌿
Odcinek 5: Po właściwej stronie

Początkowo Jagna nie była pewna, co widzi. W półmroku, rozświetlonym ostatnimi gwiazdami przed świtem, sylwetka była zamazana, a jej ruchy zbyt spokojne jak na kogoś, kto nocą zapuszcza się w głąb Posępnej Doliny.

Serce podchodziło jej do gardła. Nie miała siły uciekać. Przyjęła myśl, że jeśli jeszcze raz stanie na nogach, nie zmarnuje tego daru.

Postać zbliżała się, oślepiona ciepłym, żółtawym światłem latarni. W końcu przystanęła.

- Czy mogę jakoś pomóc Panience? - zapytał.

Przez chwilę nie odpowiadała. Patrzyła na niego, jakby dopiero próbowała zrozumieć znaczenie jego słów. Świat wokół był nienaturalnie wyraźny - każdy kontur, każda kropla rosy na źdźbłach trawy, każdy oddech wypełniony zapachem mokrej ziemi. Zbyt ostre, zbyt głośne, zbyt żywe.

Jeszcze przed chwilą czuła ciężar Nawii - wilgoć gnijącej ziemi, cichy puls tamtego lasu, w którym cień i światło były tylko pozorem. Teraz wszystko było inne, choć podobne. Jakby wróciła do miejsca, które znała, ale ktoś przestawił w nim wszystkie akcenty.

Dziadyga podszedł krok bliżej, ostrożnie, jak do spłoszonego zwierzęcia. Latarnia, którą trzymał, drżała lekko w jego dłoni, a jej ciepły blask kładł się na twarzy Jagny.

Spróbowała coś powiedzieć, ale w gardle miała suchość, jakby całe powietrze zostawiła tam, po drugiej stronie. Odetchnęła głęboko, starając się uwierzyć, że może to zrobić.

- Chyba… tak - wyszeptała w końcu, choć sama nie była pewna, co właściwie miała na myśli.