Żyjemy w rzeczywistości, w której dźwięk niemal nigdy nie ustaje. W tle zawsze coś gra, coś mówi, coś informuje. Telefony wibrują, ekrany świecą, wiadomości napływają jedna po drugiej. Nawet kiedy wokół zapada wieczór, w nas wciąż coś szumi - cudze opinie, obrazy z całego dnia, niewysłane odpowiedzi.
Przyzwyczailiśmy się do tego stopnia, że cisza zaczęła wydawać się czymś nienaturalnym. Kiedy nagle robi się spokojnie, pojawia się lekki dyskomfort, jakby czegoś brakowało. Odruchowo sięgamy po telefon, włączamy muzykę, sprawdzamy wiadomości, byle tylko zapełnić tę przestrzeń.
A przecież cisza nie jest pustką. Jest przestrzenią.
W niej powoli opada to, co niepotrzebne. Myśli przestają się ścigać, emocje układają się jak kurz, który wreszcie może osiąść. To, co było zagłuszone przez nieustanny strumień bodźców, zaczyna być słyszalne. Nie zawsze od razu, nie zawsze wygodnie, ale prawdziwie.
Może dlatego tak trudno nam ją dopuścić. Cisza nie oferuje rozrywki ani gotowych odpowiedzi. Nie podsuwa tematów zastępczych. Zostawia nas z tym, co w środku - z pytaniami, których nie zadawaliśmy, z potrzebami, które odkładaliśmy na później.
A jednak właśnie tam często zaczyna się porządek. W spokojnym, niewymuszonym milczeniu łatwiej odróżnić to, co naprawdę nasze, od tego, co tylko przylgnęło z zewnątrz. Łatwiej poczuć własne tempo, zamiast dopasowywać się do tempa świata.
Cisza nie musi oznaczać ucieczki ani izolacji. Może być krótką przerwą, świadomym zatrzymaniem, momentem oddechu między jednym obowiązkiem a drugim. Czasem wystarczy kilka minut bez ekranu i bez dźwięku, by poczuć, że coś w nas wraca na swoje miejsce.









