Cmentarz w mroku stał się gęsty jak smoła. Dziwak, trzymając w ręku zimną już lampę, przeszedł przez linię bramy. Nie czuł już oporu powietrza, który towarzyszył mu nad Stawem. Teraz, gdy zgasił światło, granica między światami przestała stawiać opór.
Szedł w stronę miejsca, gdzie obraz Jagny „rozpłynął się” w oczach Dziadygi. Cmentarz nie był już tylko rzędami grobów. W tej absolutnej ciemności stał się labiryntem, w którym nagrobki wydawały się wyższe, a ziemia pod stopami - bardziej miękka, jakby wciąż oddychała. Dziwak nie szukał jej wzrokiem. Słuchał. Wiedział, że Jagna tam jest. Słyszała jego kroki - te same, które wygnały Dziadygę - ale teraz w tej ciszy po zgaszeniu lampy brzmiały inaczej. Były rytmiczne, spokojne, niemal opiekuńcze.
Zatrzymał się przy starej mogile prababki. To tutaj wszystko się zaczęło i tutaj miało się domknąć. W mroku, kilka metrów przed sobą, dostrzegł kontur. Jagna siedziała na ziemi, skulona, ale już nie uciekała. Patrzyła w punkt, gdzie jeszcze przed chwilą majaczyło żółte światło lampy. Teraz widziała tylko ciemność, a w tej ciemności - jego.
Dziwak postawił zgaszoną lampę na kamieniu.
- Już cię nie widzi - powiedział cicho, mając na myśli Dziadygę. - Teraz jesteś tylko tutaj.
Ciemność na cmentarzu była tak głęboka, że jego głos zdawał się dobiegać z wnętrza samej ziemi. Jagna czuła chłód metalu, gdy kładł jej lampę na dłoniach.
- Trzymaj - szepnął, a jego palce na moment dotknęły jej zmarzniętych rąk. - To twoja. Choć teraz o tym nie wiesz.
Jagna spojrzała na zimny szklany klosz. Nic nie rozumiała. Dla niej to była tylko stara lampa, która jeszcze przed chwilą wisiała na gałęzi po właściwej stronie.
- Widziałam, jak on ucieka… - wykrztusiła, myśląc o Dziadydze. - Dlaczego uciekł?
Dziwak wyprostował się. W mroku jego sylwetka zlewała się z drzewami.
- Uciekł przed tym, czego nie rozumie. Ale ty musisz zrozumieć jedno. Ta lampa nie wisi tam przypadkiem. To ty ją tam powiesiłaś, Jagno. To ty byłaś tą pierwszą z najpierwszych, która zapaliła ogień nad tą bramą, żeby wskazać drogę tym, co utknęli między światami.
Jagna potrząsnęła głową.
- Przecież ja dopiero co tu przyszłam… Ja się tu urodziłam lata po tym, jak ty…
- Nie teraz - przerwał jej twardo Dziwak. - Ale to ty ją tam powiesisz. Lata temu, kiedy mnie już tu nie będzie. Wtedy, gdy odejdę, wrócisz do tego momentu jako ta, która pilnuje progu. Ten ogień, który rozpalałaś przez pokolenia, to ten sam ogień, który dzisiaj cię tu sprowadził.
Jagna zacisnęła palce na chłodnym pałąku lampy. Słowa Dziwaka wibrowały w jej głowie jak echo czegoś, co dopiero ma się wydarzyć. On stał nieruchomo. W tej ciemności, bez zapalonej lampy, przestał być starym leśnym człowiekiem, a stał się częścią mroku cmentarza.
- W Nawii nie ma czasu, Jagno - powtórzył, jakby czytał w jej myślach. - Dlatego dla ciebie to jest nowa lampa, a dla mnie to jest ten sam ogień, który kazałem ci pilnować, zanim jeszcze się urodziłaś. Tu nie ma "potem". Jest tylko to, co musisz zrobić.
Jagna spojrzała na zgaszony knot.
- Nie mam ognia - szepnęła.
Dziwak uśmiechnął się lekko, przyciągając uwagę do jej kieszeni.
- Masz. Przyniosłaś go z Nawii - z mojego domu, z domu swojej prababci.
Jej ręka odczuła puls metalu. To było jak znak, że wszystko już jest gotowe. Wstała, wzięła lampę, a Dziwak odwrócił się w mrok, zostawiając ją z tym, co miała dopiero uczynić.
