Pod koniec lutego świat jeszcze wygląda jak wstrzymany oddech. Gałęzie stoją nagie, ziemia trzyma chłód pod skórą, a jednak światło zmienia barwę. Dzień nie ucieka już w popłochu. Coś pod powierzchnią zaczyna się poruszać, choć nikt jeszcze tego nie widzi.
To czas, kiedy należy wziąć sekator do ręki nie z niecierpliwości, lecz z cichej zgody na rytm. Drzewo nie ma liści, nie ma owoców, nie ma dowodów. Jest tylko kształt, który trzeba na nowo odczytać. Gałąź, która rosła za gęsto. Cień, który zabierał światło. Drewno, które już nie żyje, choć wciąż trzyma się pnia.
Cięcie nie jest gestem przeciwko. Jest gestem - dla powietrza, które ma krążyć między konarami. Dla słońca, które ma dotrzeć głębiej. Dla siły, która nie powinna rozpraszać się na to, co suche.
W tym geście jest zaufanie. Do tego, że wiosna nie potrzebuje pośpiechu. Że sok ruszy wtedy, kiedy powinien. Że pąk otworzy się bez naszych rozkazów. Zaufanie do cyklu nie polega na biernym czekaniu. Polega na zrobieniu tego, co należy do tej fazy - ani kroku więcej, ani mniej.
Zima nie jest pomyłką w kalendarzu. Jest ciszą przed pełnią. Jest czasem porządkowania sił, które jeszcze nie pokazują twarzy. Gdy stoimy pod drzewem i skracamy gałąź, uczymy się zgody na to, że nie wszystko kwitnie naraz. Że czasem trzeba coś oddać ziemi, by później móc coś z niej podnieść.j
Drzewo nie boi się lutego. Nie próbuje przyspieszyć marca. Trwa. Gromadzi. Czeka, ale nie bezczynnie - pracuje w środku, w miejscach niewidocznych dla oka.
Może właśnie to jest najtrudniejsze. Ufać temu, czego jeszcze nie widać. Przyjąć, że okres ogołocenia nie jest końcem, lecz przygotowaniem. Że przycięcie nie odbiera życia, tylko porządkuje jego kierunek.
A kiedy w maju pojawi się pierwsza zieleń, nikt już nie będzie pamiętał o cięciu. Zostanie tylko światło między gałęziami i owoc, który dojrzeje w swoim czasie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz