Tej nocy, deszczowej, chłodnej, zasnutej chmurami, siwiejący Dziadyga siedział w oknie kamiennej wieży starego młyna nad strumieniem. Obok niego spali żona i syn, lecz on nie mógł znaleźć spokoju. Czekał na postać, która zabierze wypaloną lampę, nadal wiszącą przy cmentarnej bramie.
Od lat widział, jak lampa znika i pojawia się, a tajemnicza postać pozostaje niewidoczna dla innych - nikt nie zdołał uchwycić jej kształtu ani twarzy. Ta noc była dla niego rytuałem, przysięgą, że tym razem to się zmieni.
Wtem huk przebił powietrze - piorun uderzył w starą chatę, w której niegdyś mieszkała dziwna kobieta, samotnica o niewiadomych zamiarach. Odgłos uderzenia zabił w sobie wszystkie inne dźwięki.
Nastała cisza. Spokój.
Lecz wtedy jego oczom nie umknął ruch - postać w długiej, ciemnej spódnicy, mokra od ulewy, biegła przez rozmokłe pole, bezwładna i z trudem utrzymująca równowagę.
Dziadyga natychmiast porzucił obserwację lampy, którą śledził od lat. Zapomniał o tajemnicy, która go dręczyła. Bez chwili wahania zerwał się z miejsca i wybiegł za kobietą - ratować długą spódnicę, ratować to, co żywe, nieznane i kruche.
Lampę i tajemnicę zostawił za sobą, a jego kroki zagłuszał tylko szum deszczu i dudnienie burzy.
By dotrzeć do starej chaty, musiał przejść obok cmentarza. Gdy rzucił okiem na bramę - lampy już nie było. Rzucił się biegiem w stronę rozmokniętych pól.
Powoli wyłaniał się przedświt. Teren Posępnej Doliny znał doskonale, lecz zanim ulewa ustąpiła, dziwnym zbiegiem okoliczności udało mu się pogubić.
Dopiero po dłuższej chwili trafił na pobliski zagajnik, do którego nikt nie zaglądał. Od momentu, kiedy w jego kierunku odszedł Dziwak z kulawym psem i o czym rozpowiadali we wsi - nikt o zdrowych zmysłach tam się nie zapuszczał. To dziewczę, mknąc przez noc, musiało postradać zmysły, niczym zjawa z zaświatów.
Klucząc między drzewami, szukając śladu jakiejkolwiek ścieżki, natrafił na leżącą pod drzewem sponiewieraną dziewczynę. Wyglądała na śmiertelnie przerażoną.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz