Co roku przypominamy o higienie porzeczek. Nie dlatego, że to modny temat, tylko dlatego, że krzew owocowy bez światła i powietrza zaczyna dusić się sam w sobie.
U nas wygląda to tak:
Wchodzimy między krzaki pod koniec zimy. Ziemia jest jeszcze chłodna, a liście zeszłoroczne szeleszczą pod butem. W środku krzewu - gęstwina. Pędy stare, zdrewniałe, ciemne. Część połamana. Część kładzie się na ziemi. Część rośnie do środka, krzyżuje się, ociera.
I wtedy nie ma sentymentów.
Wycinamy wszystko, co:
- jest stare i mało produktywne,
- rośnie do środka i zagęszcza środek,
- leży na ziemi,
- jest uszkodzone albo podejrzane.
Krzew po cięciu wygląda surowo. Jakby za mocno przerzedzony. Ale właśnie o to chodzi. Zdrowe owoce potrzebują przestrzeni. Potrzebują światła, które wpadnie w środek. Potrzebują przewiewu, żeby liście po deszczu wyschły szybko, a nie kisiły się w wilgoci.
Nie boimy się ciąć, bo porzeczka to zniesie. A nawet tego oczekuje. Bo to nie jest okaleczanie. To higiena.
Za kilka tygodni wypuści młode, silne przyrosty. A latem odwdzięczy się owocem, który dojrzewa w słońcu, a nie w cieniu własnych zaniedbań.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz