Wyjazd do lasu zaliczyliśmy stosunkowo późno, bo na szlak wyruszyliśmy dopiero około godziny 9:00. Lubiatowskie knieje przywitały nas niestety sporym ściskiem - na miejscu zastały nas tłumy hałaśliwych grzybiarzy, co na początku nie napawało optymizmem. Ślady intensywnego penetrowania poszycia widoczne były niemal na każdym kroku, w postaci licznie wyciętych grzybów.
Mimo sporych ubytków w runie i dużej presji ze strony innych odwiedzających, leśne ścieżki okazały się całkiem łaskave. Wypatrzyliśmy sporo młodych, zdrowych podgrzybków, które dopiero co wybiły się z mchu oraz dorodne kanie czubajki. Przyroda ma własny rytm i przy odrobinie cierpliwości nawet po tak późnym starcie da się trafić na świeże wysypy.
Podsumowując naszą trasę - we dwie osoby pokonaliśmy dystans około 7 kilometrów, co zajęło nam niespieszne 3 godziny włóczęgi. Efektem tej wyprawy jest około 3 kilogramów czystych, dorodnych grzybów.
W najbliższych dniach będą tam kolejne grzyby, więc warto naostrzyć noże i ruszyć w tamtym kierunku.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz